Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Desery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Desery. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 lutego 2014

Ryż zapiekany z jabłkami


Egzamin na prawo jazdy był moim najgorszym egzaminem z życiu. Zdałam za czwartym razem i niestety do dziś żaden ze mnie kierowca. Miło wspominam jednak lekcje jazdy i mojego instruktora, który nadużywał kawy a papierosy palił 'jak smok'. Na lekcje stawiałam się przy toruńskim Placu Świętej Katarzyny. Często kombinowałam żeby były one w porze obiadowej, bo po drodze lubiłam wstępować do pobliskiego baru wegetariańskiego. Za dokładnie 5 złotych kupowałam tam miseczkę ryżu z owocami. To było zawsze świetnie zainwestowane 5 złotych ze studenckiego budżetu. Ciepły, razowy ryż z jabłkiem, morelami, ananasem a czasem nawet truskawkami. Posypywałam go odrobiną cukru, cynamonem i obowiązkowo polewałam waniliowym jogurtem. 
Ryż zapiekany ze świeżym jabłkiem to idealny deser na zimowe dni . Naszła mnie ochota na taki słodki i kremowy ryż z dodatkiem cynamonu i utartego żółtka. Oto moje ulubione ryżowe danie na zimę.



Ryż zapiekany z jabłkami

szklanka ryżu (najlepiej krótkoziarnisty ryż do risotto)
1.5 szklanki mleka
garść rodzynek
2 duże szare renety
1 jajko
100ml śmietanki kremówki
4 łyżki brązowego cukru
3 łyżki białego cukru
łyżeczka cukru z prawdziwą wanilią (albo ekstraktu waniliowego)
szczypta cynamonu
masło do wysmarowania kokilek 


Ryż trzeba ugotować w mleku pomieszanym pół na pół z wodą (3 porcje płynu i 1 porcja ryżu). Ewentualny nadmiar płynu odsączyć (ale ryż powinien wchłonąć całość). Najlepiej ustawić go na małej mocy palnika albo owinąć sposobem naszych babć w ciepły koc i poczekać aż ryż będzie miękki. Ugotowany ryż przestudzić. 
Jabłka obrać i pokroić w cienkie plasterki, można zostawić kilka krążków jabłka ze skórką do udekorowania. Na patelni rozgrzać brązowy cukier i poczekać aż zacznie karmelizować. Dodać plasterki jabłek i zmniejszyć moc kuchenki na najmniejszą. Jabłka puszczą sok i pokryją się karmelem.
Żółtko jajka należy utrzeć z białym cukrem, dodać cukier w wanilią (albo ekstraktem waniliowym). Następnie w osobnym naczyniu ubić białko jaja i połączyć z żółtkiem. Do powstałego tak kogla-mogla dodać rodzynki i ryż. Wymieszać. 
Kokilki wysmarować masłem. Na dnie ułożyć warstwę ryżu w koglu-moglu a na niej jabłka w karmelu. Jabłka posypać cynamonem (jeśli nie lubicie cynamonu można posypać dodatkowym cukrem z wanilią). Na wierzchu ułożyć kolejną porcję ryżu. Wszystko zalać śmietanką kremową i posypać odrobiną brązowego cukru.  
Zapiekać 20-30 minut w piekarniku nagrzanym do temperatury 180 stopni. Masa jajeczna powinna się ściąć a śmietanka utworzy słodką warstwę kremu na wierzchu. Swój ryż udekorowałam plasterkami karmelizowanych jabłek i polałam resztą karmelowego sosu. 
Smacznego



W  następnym wpisie zapraszam na dalszą część kubańskich wspomnień i zdjęć :)

wtorek, 20 sierpnia 2013

Naleśniki, renklody i karmel


Smażenie naleśników to było moje ulubione kuchenne zajęcie. Gdy nauczyłam się podrzucać je na patelni zorganizowałam nawet naleśnikowe przyjęcie. Każdy przynosił co chciał a ja smażyłam wysokie stosy cieniutkich naleśników. 
W czasie wakacyjnych wyjazdów trzeba było dyżurować w kuchni. Wtedy ku uciesze innych, w dniach mojego dyżuru na kolację były naleśniki. Z owocami, dżemem albo po prostu z cukrem.
Na studiach przebojem mojego rocznika stała się naleśnikarnia, która szybko rozrosła się w sieć. Kto jadał ten wie! Moim ulubionym zestawem była wówczas słodka siódemka z bananem, czekoladą i bitą śmietaną. Później polubiłam naleśniki z gorącym malinowym sosem i białym serem. Inni wybierali wytrawne naleśniki z serem, sosem pomidorowym i mięsem ale dla mnie liczą się naleśniki na słodko.
Przebojem tego lata są naleśniki z morelami, brzoskwiniami albo śliwkami w karmelu. Jadłam je na śniadanie, obiad i kolację. Są znakomite na szybki deser. Do jego przygotowania świetnie sprawdzą się renklody, które teraz królują na straganach. Ważne by wybrać dojrzałe ale jeszcze dość twarde owoce, które nie rozpadną się podczas karmelizowania. Takie naleśniki można podać z bitą śmietaną albo z jogurtem naturalnym. Kto raz spróbuje ten nie poprzestanie na jednym.


Naleśniki ze śliwkami w karmelu

180g mąki pszennej
3 jajka
500ml mleka (można użyć wody gazowanej z mlekiem pół na pół)
łyżeczka cukru
60g masła 
odrobina oleju do smażenia

kilka dojrzałych śliwek (u mnie renklody i węgierki)
4 łyżki cukru
łyżka masła
szczypta cynamonu (opcjonalnie)


Mleko wlać do miski, przesiać mąkę, dodać jajka i cukier. Wszystko wymieszać trzepaczką balonową i wstawić na chwilkę do lodówki. W tym czasie w rondelku roztopić masło i lekko je przestudzić. Wlać do schłodzonej masy naleśnikowej. 
Rozgrzaną patelnię wysmarować olejem (można nasączonym ręcznikiem papierowym). Wlać tyle masy aby po obróceniu przykryła całe dno patelni. Smażyć na złoty kolor z obu stron. W smażeniu naleśników kluczowy jest stopnień rozgrzania patelni. Pierwszy naleśnik w moich rękach prawie zawsze przywiera. Później brzegi od razu odstają od patelni a smażenie kolejnych naleśników zajmuje niewiele czasu. Z podanej porcji uda się  kilkanaście cieniutkich naleśników wielkości talerzyka śniadaniowego.
Naleśniki można przechowywać przykryte w lodówce nawet 3-4 dni. 


Aby przygotować karmel na patelni rozgrzewam 4 łyżki białego cukru. Nastawiam dużą moc palnika. Gdy cukier osiągnie wysoką temperaturę zacznie się topić. Wtedy na patelnię dodaję łyżkę masła i podgrzewam dalej, ciągle mieszając, aż cukier zacznie karmelizować. Kiedy przybierze brązowy kolor szybko wrzucam kawałki śliwek bez pestek, dodaję odrobinę cynamonu i zmniejszam moc palnika do minimum, aby nie przypalić karmelu. Śliwki puszczają sok i rozcieńczają karmel. Patelnię przykrywam na chwilkę, mieszam co jakiś czas. Kiedy śliwki są już miękkie redukuję karmelowy sos przy odkrytej patelni i wrzucam do niego zwinięte w trójkąty albo kwadraty naleśniki. Podgrzewam i podaję od razu.
Smacznego

wtorek, 30 lipca 2013

Kosmiczny sorbet


Nie jestem typem jaszczurki, która lubi wylegiwać się na słońcu. Jeśli tylko mogę uciekam do cienia. Lubię zmienną pogodę, nie cierpię skwaru ani srogich mrozów. Umiarkowane słońce mi wystarczy i służy mojej skórze. Upalne dni znoszę więc ciężko, wypijam całe morze wody i nie mam ochoty na ciepłe posiłki. 
Ostatnio mój Tato wrócił z pobliskiego targu z torbą pełną nektarynek i brzoskwiń płaskoowocowych, czyli ufo. Nektarynki były kwaśne i twarde a ufo dojrzałe, miękkie i soczyste a przy tym pysznie słodkie. Zajadałam się nimi przez ostatni tydzień. Przyszło mi wtedy do głowy, że może by tak zrobić z nich sorbet. W ostatni weekend kiedy gorąco dawało się we znaki kupiłam ufo i sorbet zrobiłam. Nie wymagał wiele pracy. Doskonale orzeźwia i prawie nie zawiera dodatkowego cukru. Można go w zasadzie całkowicie pominąć, wszystko kwestia gustu. Brzoskwinie płaskoowocowe znakomicie nadają się na sorbety, spróbujcie sami póki trwają upały!


Sorbet brzoskwiniowy (UFO)

1kg brzoskwiń płaskoowocowych
3 łyżki cukru
sok z jednej limonki 
40ml białego rumu


Z brzoskwiń należy usunąć pestki i przynajmniej częściowo obrać ze skórki. Nie trzeba usuwać jej całkowicie, dzięki czerwonej skórce sorbet zyska ładny różowy kolor. Owoce pokrojone w małe kawałki należy lekko zamrozić, najlepiej 2-3 godziny. Zmrożone owoce wrzucamy do blendera, (który powinien być wyposażony w funkcję ice crush) i miksujemy na gładki krem. Dodajemy cukier i sok z limonki a na koniec rum. Sorbet mrozimy jeszcze przez godzinę po czym wyjmujemy z zamrażalnika i miskujemy zwykłym malakserem aby nie wytworzyły się w nim kryształki lodu. Przed podaniem deseru czynność powtarzamy jeszcze dwukrotnie. Serwujemy ogrzany przez kilka minut w temperaturze pokojowej, przybrane owocami i listkami świeżej mięty.
Smacznego

wtorek, 16 lipca 2013

Galaretka porzeczkowa


Teraz jest pora ogrodów. Najpiękniejsze są wtedy gdy kwitnie maciejka, lwie paszcze, aksamitki i całe kępy lawendy. Gdzieś pod płotem muszą być malwy i różowe goździki, hortensje albo dalie. Nie podobają mi się przystrzyżone trawniki i iglaki zamiast kwiatów. Chyba wolę trochę romantyczne ogrody w stylu retro, w których latem pachnie i bzyczą pszczoły. 
Lubię też warzywniki z krzaczkami gruntowych pomidorów, marchewką, buraczkami i młodą kalarepką. Może być kilka krzaczków fasolki na małej grządce i świeża natka pietruszki zawsze kiedy jej potrzebuję. 
W moim sąsiedztwie mieszkają starsi Państwo, którzy chyba dla wygody przeprowadzili się do dużego miasta. Raz po raz widuję ich, gdy podlewają klomb pod własnym oknem, zrobiony ma się rozumieć własnoręcznie. Myślę, że Ci Państwo tak jak ja tęsknią za ogrodem.
Pelargonie i zioła z mojego balkonu muszą zadowolić mnie na co dzień. Tylko od czasu do czasu i mi jest dane cieszyć się ogrodem (niestety cudzym). Ostatni weekend na działce 'zaowocował' i to dosłownie. Prudukuję więc różnej maści przetwory. Wszystkie są dobre bo swoje, 'kwaskowe' albo przesłodkie, tak jak porzeczkowa galaretka.


Galaretka z czerwonej porzeczki

0.5kg czerwonej porzeczki
0.5kg cukru (może być odrobinę mniej)


Umyte i obrane porzeczki zmiksowałam w blenderze na pulpę. Następnie przetarłam owoce przez gęste sitko, aby pozbyć się pestek. Kiedy na sitku zostały już niemal suche pestki zakończyłam przecieranie a do pulpy dodałam cukier i mieszałam aż się rozpuścił. Skórki porzeczek ulegają rozdrobnieniu w blenderze a miąższ zagęszcza się dzięki naturalnym pektynom zawartym w owocach. 
Galaretkę rozlałam do słoiczków i odstawiłam na noc do lodówki aby stężała. Przed podaniem udekorowałam owocami, bitą śmietaną i listkami mięty. Deser jest intensywny i mocno słodki, można więc nieco zredukować ilość cukru, licząc się z tym, że galaretka nie będzie miała tak zwartej konsystencji. Według mnie najlepiej smakuje na świeżo (można przygotować ją z mrożonych porzeczek). Nadaje się też do zapasteryzowania na zimę.
Smacznego

poniedziałek, 1 lipca 2013

Jogurtowa panna cotta razy 3!


Podczas wakacji w Grecji moim ulubionym deserem był gęsty jogurt z tymiankowym miodem i włoskimi orzechami. Każdego wieczoru zostawiałam sobie trochę miejsca po kolacji aby delektować się tym przysmakiem. Jakiś czas temu znalazłam przepis na jogurtową panna cottę podawaną z orzechami włoskimi oraz miodem i wiedziałam, że muszę spróbować. 
Pierwsza próba przygotowania panna cotty zakończyła się pysznym ale niezbyt efektownym deserem. W drugiej odsłonie zwiększyłam więc ilość żelatyny i wyeliminowałam wodę, dzięki czemu panna cotta była bardziej zwarta ale wciąż delikatna. Największe kłopoty miałam by wydobyć ją z filiżanek. Najlepiej wyjadać ją bezpośrednio łyżeczką. Jeśli jednak chcecie efektownie podać deser to możecie odwrócić go na deserowe talerzyki. 
Sama zrobiłam trzy różne wersje. Według oryginalnego przepisu ze Smitten Kitchen polałam panna cottę płynnym tymiankowym miodem z orzechami. W sezonie truskawkowym grzechem byłoby nie spróbować połączenia delikatnego jogurtu i słodkich truskawek. Tak powstała wersja druga. 
Mnie do gustu przypadła jednak panna cotta z gruzińską konfiturą z całych fig. Syrop, w którym zatopione są figi ma charakterystyczny dymny posmak, świetnie wyczuwalny w śmietankowo-jogurtowym deserze. Konfiturę można kupić w sklepach z kuchnią arabską albo właśnie gruzińską. Polecam... tak samo jak ten szybki a smaczny deser. 


Jogurtowa panna cotta
zmodyfikowany przepis Smitten Kitchen

10g żelatyny
460g greckiego jogurtu (użyłam jogurtu bałkańskiego maluta)
250ml mleka
200ml śmietanki kremówki
50g cukru 
2 łyżki soku z cytryny


Żelatynę rozpuścić w mleku, podgrzewając w małym rondelku Ważne aby bardzo dokładnie rozmieszać wszystkie kryształki. Do rondelka dodać śmietankę i wsypać cukier. Podgrzewać do momentu aż cukier się rozpuści. W sporej misce rozmieszać jogurt trzepaczką balonową, dodać do niego sok z cytryny i powoli wlać przestudzone mleko ze śmietanką. Jeśli jogurt był chłodny mleko powinno od razu zagęszczać masę. 
Jeśli chcemy podać deser w pucharkach albo filiżankach można go przelać bezpośrednio do naczyń. Jeśli jednak planujemy serwować go jak 'babki z piasku' naczynia lepiej wysmarować cienką warstwą oleju roślinnego o neutralnym smaku. 
Panna cotta powinna stężeć przez noc w lodówce. Przed podaniem trzeba chwilkę ogrzać naczynko w kąpieli z ciepłą wodą i odwrócić na deserowy talerzyk. Odwrócony deser polecam schłodzić jeszcze w lodówce a następnie podawać z ulubionymi dodatkami. 
Smacznego

wtorek, 14 maja 2013

Tarty z rabarbarem


Ilekroć zastanawiam się co mogłabym robić, gdybym nie zajmowała się tym co teraz przychodzi mi do głowy 1000 pomysłów. Współczuję tym, którzy nie wiedzą co sprawiłoby im frajdę i codziennie praktykują nudne dla nich profesje. Myślę, że sama byłabym w tej sytuacji bardzo nieszczęśliwa. Wcale nie znaczy to, że sama łatwo decyduję, przeciwnie   mam z tym wielki problem. Nie rozumiem kompromisów i jestem zachłanna. Chciałabym mieć wszystko i z niczego nie rezygnować. Życie przypomina jednak naukę gry na instrumencie. Ten kto ma talent obroni się zawsze. Sukces jednak jest sumą talentu wytrwałości i zamiłowania. Dlatego nie można robić wszystkiego na raz. Trzeba decydować! 

Tak samo jest w kuchni albo w cukierni pełnej smakowitych tortów. Choćbym chciała nie mogę zjeść wszystkiego. Pora rabarbaru. Najchętniej piekłabym non stop drożdżowe z rabarbarem i kruszonką. Tylko nie zawsze chcę czekać na to aż wyrośnie. Kupiłam dziś dwie małe czerwone łodygi, bo nabrałam ochoty na coś słodkiego. Dziś decyzja przyszła mi wyjątkowo łatwo. W puszce miałam upieczone wcześniej muszelki do małych tart więc postanowiłam je zużyć. Minimum pracy, maksimum satysfakcji. Do przygotowania słodkich muszelek możecie wykorzystać ciasto na tę tartę z bananami albo  na te babeczkiTarty można podawać z bitą śmietaną ale jeśli wystrzegacie się zbędnych kalorii to voilà, możecie zjeść je po prostu bez dodatków.


Małe tarty z rabarbarem
na nadzienie do 16 babeczek

2 czerwone łodygi rabarbaru
3 łyżki brązowego cukru
6 łyżek soku z pomarańczy
łyżeczka cukru z prawdziwą wanilią
skórka otarta z cytryny (opcjonalnie)


Łodygę rabarbaru ze skórką pociąć na skośne plasterki. Na patelni rozgrzać brązowy cukier oraz cukier z wanilią, kiedy zacznie karmelizować dodać sok pomarańczowy. Gdy karmel rozpuści się w soku na patelnię wrzucić plasterki rabarbaru i skórkę otartą z cytryny. Dusić rabarbar w karmelu przez 3-4 minuty a następnie wyjąć na talerz. Karmel z sokiem pomarańczowym i rabarbarowym trzeba zredukować do momentu, w którym zacznie gęstnieć. Wtedy nałożyć do każdej kruchej muszelki po łyżeczce karmelu i wypełnić plasterkami rabarbaru. Ewentualnie polać wierzch tart pozostałym karmelem. Podawać od razu, po całkowitym wystygnięciu. 
Smacznego 



wtorek, 23 kwietnia 2013

Orzechowiec



Pierwsze promyki słońca złapałam na spacerze w parku. 
Widziałam już tegoroczne przylaszczki i fiołki. Widziałam żółciutkie wierzbowe listki i pąki na drzewach. Zobaczcie sami...
Niebo jest już niebieskie, wiatr jeszcze chłodny ale już wesoły. 
Były pierwsze lody z wafelka i rower już też był. 
Pora na szczypiorek i rzodkiewkę, na rozpięte kurtki i baleriny, zaczęło się wreszcie!



Dzisiaj poczęstuję Was orzechowcem mojej Mamy. Ciasto jest z rodzaju tych, które zyskują w smaku każdego następnego dnia, jeśli uda się je ocalić przed zjedzeniem. Kruche blaty przykrywa warstwa moich ulubionych powideł śliwkowych i gruba warstwa orzechów. Pomiędzy ciastem pyszny budyniowy krem. Przygotowanie ciasta jest według mnie dość pracochłonne ale trud się opłaci. 

Orzechowiec

1 kostka masła
3 szklanki mąki
6 żółtek
2 łyżeczki proszku do pieczenia
0.5 szklanki cukru
2 łyżki kwaśnej śmietany do zagniatania (opcjonalnie)

6 białek 
300g orzechów włoskich
niepełna szklanka cukru
słoik powideł (albo kwaśnego dżemu)

na krem
1.3 szklanki mleka
0.5 szklanki cukru
łyżeczka ekstraktu waniliowego
łyżka mąki pszennej
łyżka mąki ziemniaczanej
2 jajka
kostka masła

Z masła, mąki wymieszanej z proszkiem do pieczenia i cukru zrobić kruszonkę. Zagnieść z żółtkami a jeżeli ciasto będzie za suche dodatkowo kwaśną śmietaną. Ciasto podzielić na dwie równe części i rozłożyć na dwie blaszki do pieczenia o jednakowych rozmiarach. Jeśli nie macie dwóch identycznych foremek, to jedną część ciasta możecie schłodzić w lodówce i upiec potem. 
Surowe ciasto należy posmarować cienko powidłami śliwkowymi. 
Z białek ubić pianę, dodać do niej nieco mniej niż pół szklanki cukru kryształu i dalej ubijać (jak na bezy). Powstałą masę rozłożyć na cieście, posypać orzechami i upiec. Czas pieczenia wynosi około 45-60 min w temperaturze 180 stopni (zależy od piekarnika). Trzeba uważać by orzechy się nie przypalały, najlepiej pod koniec pieczenia przykryć je papierem albo folią aluminiową. W ten sposób należy przygotować oby dwa kruche spody. 
Aby zrobić krem należy zagotować szklankę mleka z cukrem i ekstraktem waniliowym. Dodać mąkę rozrobioną w pozostałym mleku i ugotować coś w rodzaju budyniu. Kiedy masa przestygnie ucierać z masłem i jajami na puszysty krem (jajka należy sparzyć przed użyciem). 
Gotowe orzechowe blaty przełożyć budyniowym kremem i odstawić w chłodne miejsce, by  ciasto nawilgło. Wierzch można udekorować rozpuszczoną czekoladą.
Smacznego 

niedziela, 10 marca 2013

Gruszki w syropie. Na deser


Na półkach w piwnicy wygrzebuję słoiki z przetworami: powidła, dżemy i sosy pomidorowe ratują mnie w te ostatnie już (mam nadzieję!) zimowe dni. Zbliża się chyba wiosna, pora więc na porządki w spiżarni. 

W windzie spotykam sąsiada, który zazdrośnie spogląda na słoik trzymany przeze mnie w dłoni:
- Gruszki?
- Tak, gruszki w zalewie - odpowiadam.
- To smak mojego dzieciństwa...pychota.

To jest też smak mojego dzieciństwa. 
Jesienią złościłam się, że nie wolno mi było zjeść wszystkich świeżych gruszek, które trafiały do syropu. Za to zimą cieszyłam się każdym słoikiem i dzieliłam go zawsze (nie)sprawiedliwie pomiędzy miseczkami z kompotem. 
Dzisiejszy przepis zanotowałam kiedyś w kalendarzu. Teraz, robiąc porządki, sobie o nim przypomniałam. Jeśli wcześniej ugotujecie budyń, to przygotowanie deseru zajmuje już tylko 15 minut i nie wymaga pieczenia. Smakuje wyśmienicie, polubi go każdy, nawet jeśli nie jest wielkim amatorem gruszek. Delikatne biszkopty nasączone rumem, słodkie czereśnie i gruszki a na koniec warstwa waniliowego kremu z wiórkami czekolady. 


Deser z gruszkami z syropu

słoik gruszek z syropu 
około 150g niskosłodzonego dżemu z czereśni
80ml ciemnego rumu
70g dobrej jakości biszkoptów
6 kostek czekolady (najlepsza będzie gorzka ale ja użyłam deserowej) 
100g masła
1 żółtko
2 łyżki cukru pudru
łyżeczka ekstraktu waniliowego
opakowanie budyniu waniliowego (na 500ml mleka) 
300ml mleka

Najpierw gotujemy budyń, który powiniem wystygnąć przed przygotowaniem kremu. Używamy jedynie 300ml mleka by krem miał odpowiednią konsystencję. 
Następnie w pucharkach albo ozdobnych szklankach układamy biszkopty, po 2-3 na porcję (kształt jest dowolny, u mnie były biszkopty, których zwykłe używam do tiramisu). Gruszki osączamy z zalewy. Odlewamy 80 ml syropu i mieszamy z taką samą ilością ciemnego rumu (można użyć też innego alkoholu). Biszkopty obficie nasączamy alkoholowym ponczem i na nich układamy ostrożnie łyżką dżem czereśniowy. Ważne by dżem nie zawierał dużej ilości cukru, gdyż wtedy deser będzie zbyt słodki. Na dżem układamy pokrojone w małe kawałki gruszki. 
Aby przygotować krem miksujemy przy użyciu robota masło z cukrem pudrowym, ekstraktem waniliowym i żółtkiem (jajko koniecznie wyparzamy gorącą wodą przed użyciem). Do masy stopniowo dodajemy budyń. Jeżeli podczas studzenia wytworzył się kożuch to należy go zdjąć aby w kremie nie było grudek. 
Gotowy deser posypujemy przygotowanymi wcześniej czekoladowymi wiórkami albo po prostu siekaną czekoladą. Przed podaniem schładzamy chwilę w lodówce. 
Smacznego

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Tort Praga z granatem


Kiedyś moja starsza Kuzynka kupiła farbę do włosów w kolorze czerwień granatu. Byłam jeszcze wtedy nastolatką i bardzo ją podziwiałam, za to że wolno jej było farbować włosy. Nie mogłam zrozumieć dlaczego nazywa się właśnie czerwień granatu, przecież granatowy to zupełnie inny kolor. 
Pamiętam pierwszy owoc granatu, który mój Tato kupił w sklepie warzywnym pod koniec listopada. Moja Mama zrobiła deser czekoladowy i podała nam z czerwonymi pestkami, smakował wyjątkowo.
Dziś proponuję tort na Nowy Rok. Taki słodki pocieszyciel po kolorowych Świętach i hucznych zabawach. Nie będę nikogo oszukiwać, że przygotowuje się go szybko i łatwo. Nie jest to jednak najtrudniejszy z tortów jakie przyjdzie Wam upiec. Do przygotowania kremu użyłam półproduktu, kremu kajmakowego. Biszkopt dobrze nasączyłam brandy i zamknęłam całość w czekoladowej polewie. Bez zbędnych dekoracji, tort broni się sam. Koniecznie w towarzystwie kwaskowego owocu granatu, który jest moim zimowym przebojem zarówno w wersji owocu jak i soku. Ma dużo witaminy C a do tego świetnie komponuje się z czekoladą, smakowo i kolorystycznie.


Tort Praga

biszkopt kakaowy
6 jajek
150g cukru
60g mąki pszennej
60g mąki ziemniaczanej
płaska łyżeczka proszku do pieczenia
25g kakao
40g roztopionego masła 

krem
puszka masy krówkowej
1 żółtko
200g masła
10g kakao
łyżeczka ekstraktu waniliowego

300g marmolady morelowej
50ml brandy
100g gorzkiej czekolady
100g masła

Aby upiec biszkopt żółtka oddzielone od białek trzeba utrzeć "do białości" z połową cukru  (można to zrobić na parze). Białka ubić na sztywną pianę i połączyć delikatnie z żółtkami, mieszając łyżką. Mąkę, proszek do pieczenia i kakao przesiać przez sito. Wszystkie składniki połączyć mieszając delikatnie. Na koniec wmieszać rozpuszczone, przestudzone masło, które sprawi, że biszkopt nie będzie suchy. Piec w temperaturze 180 stopni, w okrągłej foremce do tortów, do suchego patyczka, przez około pół godziny. Po upieczeniu wystudzić na kratce.
Masło utrzeć z ekstraktem waniliowym i masą krówkową (użyłam gotowej masy, którą przetarłam przez sito aby upewnić się, że nie ma w niej kryształków karmelu). Do masy trzeba dodać jedno żółtko. Kakao zaparzyć 3 łyżkami wrzątku i utrzeć na jednolitą pastę.  Następnie dodać kakao do kremu i wymieszać całość mikserem. 
Biszkopt należy przeciąć na 3 blaty, ważne aby były równe. Można pomóc sobie przy tym nitką, albo ostrym nożem. Najlepiej przecinać wystudzony biszkopt. Pierwszy blat nasączyć lekko brandy i posmarować cienką warstwą kremu, na to warstwę morelowego dżemu (przetartego przez sito) i następny blat. W ten sam sposób postępujemy przy drugim i trzecim blacie. Wierzchnia warstwa kremu powinna być bardzo  równa, smarujemy nim też boki tortu. Całość wykańczamy glazurą morelową. 
W kąpieli wodnej rozpuszczamy czekoladę i mieszamy ją w równych proporcjach z masłem. Gdy czekoladowa polewa będzie miała jednolitą konsystencję pokrywamy nią wierzch i boki tortu. Całość wyrównujemy i wstawiamy do lodówki aby polewa zastygła.  
Smacznego.


Na koniec życzę Wam wielu słodkich chwil i dużo szczęścia w Nowym 2013 Roku!

niedziela, 2 grudnia 2012

Tiramisu i kakao


Lista moich ulubionych deserów jest tak długa, że spisanie jej zajęłoby sporo czasu. Prym w moich prywatnych rankingach wiodą ciasta z owocami, serniki i proste drożdżowe. W kawiarniach i restauracjach waham się jednak zawsze pomiędzy creme brulee i tiramisu. W domu przygotowuję tylko drugi z dwóch. 
To jest mój lek na chandrę ale też niezawodny sposób na dobry nastrój. 
Mogę zjeść każdą ilość tiramisu, nawet jeśli potem dręczą mnie wyrzuty sumienia. Do tego przygotowanie tego deseru jest tak łatwe i szybkie... Problemem jest jedynie moim zdaniem stanowczo za długi czas oczekiwania aż wszystkie składniki przenikną się nawzajem i wszystko się dobrze schłodzi. 
W moim tiramisu przysłowiową kropką nad i jest kakao. Pamiętam z dzieciństwa najlepsze holenderskie kakao, które było na wagę złota. Moja Mama zaparzała je zanim dodała do tortu, gotowała nam rano do śniadania albo posypywała nim proste ciasta i desery. Takie samo kakao pamięta całe moje pokolenie. 
Już w czasach pełnych sklepowych półek dostałam puszkę tamtego legendarnego kakao w prezencie. Widnieje na niej wizerunek pielęgniarki z tacą, na której stoi filiżanka i puszka kakao z identyczną pielęgniarką. Na taj małej puszce znów pielęgniarka i następna puszka. I tak bez końca. Zachowałam ten prezent z sentymentem. Teraz za każdym razem kiedy napełniam puszkę przypominam sobie ten jakże miły podarunek. Przypominałam sobie i tym razem, zwłaszcza, że wkrótce nastanie czas podarków...


Tiramisu
(bez jajek)

350ml mocnego espresso
jedna duża cytryna
500g serka mascarpone
100ml mleka
80g cukru pudru
15g cukru z prawdziwą wanilią
150-200g podłużnych biszkoptów
5 łyżek amaretto albo grappy (użyłam amaretto)
2-3 łyżki dobrego kakao 

Wykonanie zaczynam zawsze od zaparzenia espresso, które następnie studzę. Do przygotowania mojego ulubionego tiramisu nie używam jajek (dla tych którzy boją się zatrucia). Serek mascarpone mieszam na gładką masę z cukrem pudrem, cukrem z wanilią, mlekiem, 2 łyżkami soku z cytryny (opcjonalnie można dodać odobinę cytrynowej skórki jeśli lubicie). Dno średnio wysokiego naczynia wykładam biszkoptami. Zimne espresso mieszam z amaretto (opcjonalnie grappą) i tą mieszanką polewam biszkopty, dopóki nie nasiąkną. Unikam zbytniego nasączania aby deser zachował ładną strukturę. Na biszkopty wykładam jedną trzecią kremu z mascarpone. Na krem układam znów biszkopty i znów krem, aż powstaną trzy warstwy. Wierzch deseru posypuję kakao. 
Całość chłodzę w lodówce przez około 4-6 godzin (zwykle jest to nawet mniej niż 4 ale polecam jednak wytrzymać trochę dłużej). 
Smacznego

środa, 14 listopada 2012

Szarlotka i film


Niedawno obejrzałam film. Był to dokumentalny obraz pod tytułem "Samsara", wyreżyserowany przed Rona Fricke. Ewenementem tego filmu jest fakt, że przez ponad 90 minut nie pada w nim ani jedno słowo ale mimo tego film nie jest nudny. Skłania za to do przemyśleń i zaskakuje. Przedstawia ludzkie życie w wielu kulturach od momentu narodzin aż do śmierci. Przeplatają się w nim różne religie i zakątki świata ale ludzkie zachowania są identyczne. Sam tytuł w sanskrycie określa nieustanny cykl przemijania. W Samsarze przejawia się to na przykład przez wędrówki pielgrzymów w Mekce, pracę w wielkich fabrykach i taniec. Film uświadamia nam też ciągły obieg materii: od produkcji dóbr po wielkie wysypiska i złomownie samochodów. W to wszystko wpisane są ludzkie atawizmy, pragnienia i zachłanność, które od lat się nie zmieniają, bo jesteśmy przecież częścią natury. Samsara to piękny obraz i doskonała muzyka, której nie można przegapić. Ron Fricke przed 10 laty stworzył film pod tytułem "Baraka", którego jeszcze nie widziałam ale wiem, że trafił do wielu widzów na całym świecie. "Samsara" na pewno powtórzy ten sukces. Nie przegapcie jej w kinach, bo na dużym ekranie z całą pewnością zachwyca bardziej!

Oprócz filmu przygotowałam na dziś szarlotkę z antonówek, które obrodziły w tym roku niezwykle hojnie. Ich kwaskowaty miąższ świetnie nadaje się do wypieków i stanowi świetne połączenie z kruchym ciastem. Wierzch posypałam brązowym cukrem, który zapiekł się w chrupiącą skorupkę i ładnie zrumienił. Ciasto nie jest zbyt słodkie dlatego można podać je z lodami albo sosem waniliowym.


Szarlotka z antonówek

6 dużych antonówek (można użyć innych niezbyt soczystych jabłek)
200g masła
400g mąki
120g cukru pudru
2 łyżki bułki tartej
łyżka kwaśnej śmietany
4 żółtka i 1 białko
5-6 łyżek brązowego cukru
2 łyżeczki cynamonu 

Jabłka pokrojone w cienkie plasterki posypujemy 4 łyżkami brązowego cukru oraz cynamonem i odstawiamy na chwilkę, aż puszczą sok. Masło z mąką i cukrem pudrem trzeba posiekać na kruszonkę, do niej dodać żółtka, kwaśną śmietanę i szybko wygnieść. Jeśli ciasto jest zbyt wilgotne należy dodać odrobinę więcej mąki. Tak przygotowanym ciastem wyklejamy wysmarowaną foremkę do szarlotki, połowę pozostawiamy do przykrycia wierzchu. Dno foremki wysypujemy bułką tartą, która powinna wchłonąć nadmiar wilgoci, uwalnianej z jabłek podczas pieczenia. Następnie warstwami układamy plasterki odsączonych z soku jabłek. Wierzch przykrywamy pozostałym ciastem, które trzeba cieniutko rozwałkować. Z okrawków ciasta można wyciąć serduszka i udekorować nimi ciasto. Na koniec smarujemy ciasto roztrzepanym białkiem i posypujemy brązowym cukrem. Pieczemy 45 minut w temperaturze 180 stopni. Gotowe!
Smacznego

środa, 24 października 2012

Tarta z karmelizowanymi bananami


O tym jak relatywne jest poczucie czasu pisało już wielu. Najbardziej odczuwam to sama, gdy siadam przy komputerze i klikam po sieciowych witrynach. Piękne zdjęcia, ciekawe teksty, inspirujące blogi i pstryk...nawet kilka straconych godzin minęło bezpowrotnie. Oczywiście można rozpatrywać te godziny jako czas, który nie jest stracony. Ale czyż to nie dziwne, że w dobie pogoni i pośpiechu tak łatwo oddajemy nasz czas, tak bez zastanowienia? Może internet jest przekleństwem naszych czasów, bo zamiast inspirować się tym co w realu potrzebujemy natchnień wprost z ekranów naszych niezastąpionych komputerów. Co dzieje się gdy nie mamy ich pod ręką? 

Mój dzisiejszy przepis jest inspirowany jak najbardziej realną potrzebą zjedzenia czegoś słodkiego. Czegoś na pocieszenie i w nagrodę za dobrze spełnione obowiązki, których nawet w miniony weekend i miałam pod dostatkiem.
Smak tej tarty początkowo wydał mi się dość oryginalny. Gdy robiłam ją pierwszy raz prawie całą zjadłam sama! Połączenie karmelu i bananów jest jednak numerem jeden! Ciasto jest niezbyt słodkie, za to nadzienie rekompensuje mi cukrowe niedostatki kruchego spodu.  


Tarta orkiszowa z karmelizowanymi bananami

na ciasto 
200g mąki pszennej
100g mąki orkiszowej z pełnego przemiału
150g masła
3 żółtka
4 łyżki cukru pudru
szczpta soli

nadzienie
2 łyżki masła
4 czubate łyżki białego cukru
4 banany
3-4 łyżki soku z pomarańczy (użyłam gotowego)

Mąkę, cukier puder i masło siekamy. Dodajemy żółtka i szczyptę soli. Zagniatamy ciasto i wkładamy do lodówki aby się schłodziło. W tym czasie przygotowujemy nadzienie. Na rozgrzanej patelni mieszamy masło z cukrem, który po osiągnięciu krytycznej temperatury zamieni się w karmel. Gdy cukier zacznie brązowieć a masa zrobi się gładka na patelnię dolewamy odrobinę soku z pomarańczy, wszystko starannie mieszamy. Karmel powinien się rozpuścić i przybrać konsystencję płynnego miodu (ważne by na patelni nie zostały cukierki z zestalonego karmelu). W razie potrzeby można dodać trochę więcej soku, który i tak zredukujemy podczas smażenia. Gdy karmel jest już idealnie gładki na patelnię dodajemy pokrojone banany i podgrzewamy jeszcze przez chwilkę, aż się nim pokryją (ale nie rozpadną).
Wysmarowaną foremkę do tart wyklejamy cienko ciastem i nakłuwamy gęsto widelcem. Nie trzeba podpiekać spodu. Bezpośrednio na surowe ciasto wykładamy banany w karmelu a na wierzchu układamy kratkę z pozostałego ciasta. Ciasto jest plastyczne i łatwo się wałkuje ale należy je podsypywać odrobiną mąki przy wycinaniu kratki. 
Tartę trzeba piec do zrumienienia w temperaturze 180 stopni. U mnie zajęło to 50 minut. Podawać posypaną cukrem pudrem, najlepiej tego samego dnia.
Smacznego.

czwartek, 19 lipca 2012

Sernik Cassis


To nie jest puszysty, lekki sernik, który może niechcący wypłynąć z foremki. Nie użyłam do przygotowania niezliczonej ilości jajek, proszku do pieczenia, ani dużej ilości cukru. Na początku chciałam zrobić sernik jagodowy ale na targowisku zobaczyłam czarne porzeczki i powstał pomysł na sernik z porzeczkami. Chciałam aby mój sernik był lekko kwaskowy i miał ciasteczkowy spód, by dobrze się go kroiło. Zmodyfikowałam więc przepis na sernik cassis znaleziony na blogu Agnieszki i zrobiłam go trochę po swojemu.
Lubię serniki z prawdziwego twarogu dlatego zamiast lekkiego serka użyłam biały ser przetarty przez sito. Dodałam polewę z białej czekolady, która ładnie wykańcza ciasto. Wyszedł taki jak lubię, dość oryginalny w smaku.




Sernik Cassis


1 kg twarogu 
2 jajka 
2 żółtka
100g masła
budyń waniliowy
3/4 szklanki cukru pudru
cukier waniliowy
25dag czarnych porzeczek
4 łyżki cukru kryształu 
łyżka likieru Cassis z czarnej porzeczki
na polewę:
tabliczka białej czekolady
40 ml śmietanki kremówki
na spód:
150g ciasteczek digestive z czekoladą
80 g masła


Twaróg przetarłam przez sito aby miał delikatną konsystencję (można oczywiście użyć twarogu zmielonego kilkukrotnie przez maszynkę). Nie używam gotowych twarogów na sernik bo mają dodatki w postaci spulchniaczy i barwników, których nie lubię w sernikach. Żółtka utarłam z cukrem i cukrem waniliowym oraz masłem. Do jajecznej masy stopniowo dodawałam przetarty ser. Na sam koniec dołożyłam ubite na sztywną pianę białka i budyń waniliowy. Od tego momentu mieszałam wszystko tylko łyżką. Z całej masy odlałam około szklankę. Oczyszczone porzeczki zmiksowałam z cukrem w blenderze na gładki krem i przetarłam przez sito aby pozbyć się pestek. Masę porzeczkową wymieszałam z odlaną  częścią serową. Ciasteczka digestive zmieliłam na pył w blenderze i pomieszałam z rozpuszczonym masłem. Tak przygotowanymi wykleiłam małą foremkę i podpiekałam w piekarniku nagrzanym do temperatury 180 stopni przez 10 minut. Na podpieczony spód wylałam najpierw białą a potem porzeczkową masę serową. Wierzchnią warstwę ułożyłam delikatnie łyżką, aby dwa kolory się nie połączyły. Formę owinęłam z zewnątrz folią aluminiową aby zapobiec wyciekaniu masła i całość piekłam w piekarniku nagrzanym do temperatury 180 stopni, przez godzinę. 
Po upieczeniu i przestudzeniu przygotowałam polewę z białej czekolady, którą rozpuściłam  w kąpieli wodnej i pomieszałam ze śmietanką kremówką. Sernik udekorowałam czarnymi porzeczkami.
Smacznego


poniedziałek, 9 lipca 2012

Gofry


Jako dziecko, przynajmniej 2 tygodnie każdych wakacji spędzałam nad morzem. Moi Rodzice zabierali mnie zawsze do małej wioski rybackiej niedaleko Ustki. Czekałam na ten czas co roku, zawsze na przełomie lipca i sierpnia. Zaklinałam pogodę, aby było słonecznie. Później pakowaliśmy do małego fiata letnie walizki oraz kilkanaście par butów mojej młodszej siostry i jechaliśmy w podróż, która wówczas wydawała się taaaka długa!
Pamiętam, że w PRL-u to nad morzem jadło się pierwszą pizzę i lody z bibułkową parasolką w lodziarni Pod Kasztanami. Tam zawierałam pierwsze wakacyjne przyjaźnie, by potem przez cały rok wysyłać tradycyjne listy i spotkać się znów w tym samym miejscu. Spacerowałam po plaży, chodziłam na huśtawki, grałam w ping ponga, zbierałam kamyki, muszelki i wypatrywałam bursztynów w sztormową pogodę. Wieczorem chodziliśmy do portu pogapić się na rybaków, którzy czyścili sieci przed wypłynięciem w morze. Nasze opalone buzie cieszyły się z ulicznego popcornu i flądry z frytkami w smażalni.
Dla mnie jednak wyjazd nad morze znaczył zawsze jeszcze jedno: gofry z bitą śmietaną i jagodami. Przy ulicy o wdzięcznej nazwie Plażowa była mała budka i prawie zawsze trzeba było tam stać w kolejce. Gofry były chrupiące a śmietanka lekko słodka. I na zawsze już nie ma dla mnie wakacji nad morzem bez takich gofrów. 
Jako studentka wyjeżdżałam już sama do Władysławowa albo Jastarni. Potrafiłam z moich szczupłych zasobów finansowych wygospodarować parę złotych na gofra, kosztem obiadu albo kolacji. I teraz, choć gofry ze śmietaną są bez wątpienia bombą kaloryczną, latem nie potrafię z nich zrezygnować. O ile oczywiście mam w zasięgu ręki jagody. 
Teraz piekę gofry na tarasie, w domowej gofrownicy. Do wyboru z jagodami, malinami albo z samym cukrem pudrem dla tych, którzy są na diecie.  


Gofry wakacyjne

2 szklanki mleka
1 szklanka wody
2 łyżki cukru
1 jajko
150g masła
3 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli

Ciasto na gofry przypomina trochę ciasto naleśnikowe i każdy potrafi je zrobić! Masło trzeba roztopić i przestudzić. Dodać je do mleka i wody, wbić jajko. Mąkę pomieszaną z proszkiem należy przesiać przez sitko i połączyć wszystkie wymienione składniki w malakserze. Dzięki dodatkowi masła, gofrownicy nie trzeba dodatkowo smarować pomiędzy kolejnymi partiami gofrów. Trzeba za to ją dobrze nagrzać przed pieczeniem. Gofrownica powinna lekko się unosić, gdy gofry będą rosły i potem nieznacznie opadać. Piec trzeba do zrumienienia. Zajadać koniecznie ciepłe i chrupiące, po przestudzeniu na kratce. Wybieram wersję z jagodami i śmietanką a Wy?