Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulubione smaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulubione smaki. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 czerwca 2014

Jagodzianki


W weekend jest pora wypoczynku. W weekend jest czas by jechać do lasu a w lesie można nazbierać jagód. Na straganach dopiero co się pojawiają, za to w lesie na nasłonecznionych stanowiskach jest ich już te całe mnóstwo.

Zbieraliśmy we dwójkę prawie godzinę. Na nogach zostały bąble od ugryzień komarów, ręce całe w jagodowych plamach i tylko małe pudełko ciemnych kuleczek. Kto nigdy nie był na jagodach ten nie wie ile pracy kosztuje taki zbiór. Liczy się też wyprawa do lasu, świeże powietrze i zieleń. Bo nie pojechaliśmy przecież wcale na jagody ale jakoś tak weselej ze świadomością co zrobię z miseczką pełną owoców.

Po powrocie do domu aż żal, bo pomysłów mnóstwo. Co najlepsze? Może ciasto, może crumble, może tak zjeść od razu z cukrem i ubrudzić nimi język? Każdy woli coś innego. W końcu zawarliśmy kompromis pod hasłem JAGODZIANKI! Bo uwielbiamy je oboje.
Muszą mieć w środku prawdziwe jagody a nie jagodowy kisiel z mrożonki. Ciasto ma być puszyste ale nie przesadnie lekkie. Bułeczka to bułeczka. Dla mnie najlepsze są jagodzianki z lukrem ale w drodze ustępstw robię z kruszonką. 

Wyszły pyszne, miękkie i niezbyt słodkie, spróbujcie sami!




Jagodzianki

600g mąki (plus 2 łyżki na zaczyn)
40g świeżych drożdży
2 całe jajka
2 żółtka
100ml ciepłego mleka
100g masła
100g cukru (plus łyżka na zaczyn)
łyżeczka ekstraktu waniliowego

nadzienie
około 1.5 szklanki jagód (po dużej łyżce na bułeczkę)
3 łyżki cukru
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej albo bułki tartej

kruszonka
30g masła
mąka i cukier 


Drożdże rozmieszać z łyżką cukru, 3 łyżkami mleka i  2 łyżkami mąki. Powstanie dość gęsty zaczyn, który należy odstawić do momentu aż przynajmniej podwoi swoją objętość. Na powierzchni pojawią się wtedy pęcherzyki, co oznacza że drożdże zaczęły pracować. 
Białka jajek odzielamy od żółtek i ubijamy na sztywną pianę, dodajemy do niej połowę cukru i ubijamy aż się rozpuści. Pianę łączymy z żółtkami, dosypujemy mąkę i dodajemy pracujący zaczyn. Drugą połowę cukru rozpuszczamy w ciepłym mleku i wlewamy do naczynia razem z ekstraktem waniliowym. Zaczynamy wyrabiać ciasto. Zawsze robię to ręcznie ale można użyć mocnego robota kuchennego, jeśli takim dysponujecie. Masło rozpuszczamy i jeszcze ciepłe stopniowo wlewamy w trakcie. Zwykle wyrabianie zajmuje około 15 minut. Czasem dosypuję odrobinę mąki aby ciasto nie kleiło się do rąk i do miski. Kiedy już łatwo odchodzi od ścianek naczynia a jego konsystencja jest jednolita można omączonymi dłońmi zrobić z niego kulę i odstawić do wyrośnięcia na minimum godzinę. Jeśli ciasto przed wyrastaniem jest miękkie nie należy się tym przejmować, w czasie wyrastania jego struktura się zmieni. Pozostanie miękkie ale sprężyste i łatwe do formowania. W międzyczasie należy przygotować kruszonkę. W małym naczynku rozpuścić masło i powoli dosypywać do niego na zmianę po łyżce mąki i łyżce cukru do momentu aż utworzy okruchy (u mnie było to po dodaniu 4 łyżek mąki i 4 łyżek cukru). 
Po upływie godziny ciasto na bułeczki powinno podwoić swoją objętość. Należy je wtedy jeszcze raz krótko zagnieść i podzielić na 12 równych części. U mnie każda ważyła po mniej więcej 100g. Z kawałków ciasta trzeba formować placuszki, na środek każdego położyć łyżkę jagód z cukrem (ewentualnie wymieszanych z mąką ziemniaczaną lub bułką tartą, która wchłonie nadmiar soku) i dokładnie zakleić, formując rodzaj wrzecionka. Sklejoną część do dołu ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia a następnie ponownie odstawić na 30 minut do wyrośnięcia. 
Wyrośnięte bułeczki smarować żółtkiem rozmieszanym z łyżką mleka i posypywać kruszonką. Piec 20 minut w temperaturze 180 stopni albo po prostu do zrumienienia. 
Studzić na kratce i podawać najlepiej tego samego dnia, choć bułeczki zachowują świeżość także dnia następnego. 
Smacznego

wtorek, 27 maja 2014

Wiosenna kapusta


Dokładnie miesiąc minął odkąd udało mi się coś napisać. W tym czasie udało mi się pojechać na krótki wypad w Bieszczady. Upiekłam też niedoścignione do tej pory ciasto drożdżowe Babci Mojego Męża (o którym pisałam już tutaj i obiecuję jeszcze napisać). Zakwitł już bez i konwalie. Ugotowałam milion różnych rzeczy ale czas nie pozwolił mi się nimi podzielić. Wreszcie przyszedł czas moich ulubionych warzyw: kalafiora, szparagów, młodej kapusty, soczystych pomidorów oraz truskawek. Tylko patrzeć jak na straganach pojawią się porzeczki. Z sobotniego targu wracam teraz z pełnym koszem a warzywa nie mieszczą się w naszej lodówce. 
Na razie raczę się młodą kapustą z koperkiem, taką na którą ma się ochotę tylko wczesną wiosną, kiedy główki kapuściane są jeszcze dość lekkie, przysłowiowo "puste". Kapusta musi być naturalnie słodka, z młodą marchewką i odrobiną tłuszczu. Można dodać do niej kawałek ulubionej kiełbasy i podać ją z ziemniakami, ale ja zjadam ją po prostu z kawałkiem chleba i nie dodaję wędlin. Wiosenna kapusta ma wspaniały zielony kolor i smakuje domowym obiadem. Łatwo ją przygotować bo nie wymaga długiego duszenia, dlatego jest idealna dla zapracowanych. Polecam. 


Wiosenna kapusta z koperkiem

główka młodej kapusty
pęczek koperku
1 średnia cebula
2 młode marchewki
2-3 łyżki masła
kilka łyżek oleju roślinnego (używam rzepakowego)
sól i pieprz do smaku

Umytą kapustę trzeba dokładnie poszatkować na dość grube wiórki. Głąby usunąć (najlepiej zjeść na surowo, bo są przyjemnie słodkie i chrupiące). Marchewkę obrać i pokroić w ćwierć plasterki. Cebulę posiekać w drobną kostkę. W niskim rondlu rozgrzać olej i zeszklić cebulę (w wersji mięsnej przed zeszkleniem cebuli w rondlu należy  podsmażyć kiełbasę). Dorzucić plasterki marchewki a po chwili kapustę. Kapusta zredukuje swoją objętość podczas pierwszych minut duszenia, dlatego można dokładać ją stopniowo. Wszystko należy odrobinę posolić i dodać masło. Dusić pod przykryciem do momentu, w którym kapusta będzie całkiem miękka (około 20-30 minut). Na sam koniec doprawić do smaku pieprzem i solą.  Dorzucić posiekany koperek, wymieszać i podawać na gorąco z kawałkiem pieczywa albo młodymi ziemniakami gotowanymi ze skórką. 
Smacznego


wtorek, 4 marca 2014

Gołąbki


Mam zaprzyjaźnioną parę: Polkę i Hindusa. Kiedy zaczynali się ze sobą spotykać naturalnym było, że poznawali nie tylko siebie wzajemnie ale też swoje zwyczaje kulinarne. Ona stopniowo doskonaliła swoje umiejętności. Jadłam świetne curry które w tamtym czasie nauczyła się dla Niego gotować. Pewnego razu opowiadała mi o swoich kuchennych perypetiach. Bo kiedy Ona gotowała potrawy kuchni indyjskiej, On zwykł narzekać ale nigdy nie ugotował nic polskiego. Uparcie twierdził, że kuchnia jego kraju jest bogata i wyrafinowana bo przyprawy są bardzo różnorodne zaś kuchnia polska jest nudna i nijaka. Pamiętam, że wtedy Ona zaprotestowała i powiedziała, że przyzna Mu rację tylko wtedy gdy przygotuje dla Niej powiedzmy... gołąbki. 

Nie wiem czy sami zainteresowani jeszcze to pamiętają ale ja zapamiętałam właśnie tę zachciankę. Kiedyś wydawało mi się, że przygotowanie gołąbków jest czymś bardzo pracochłonnym i trudnym. Dziś już wiem, że tak nie jest. Gołąbki uwielbiam. Gołąbki oznaczają dla mnie pyszny domowy obiad. Mój mąż przepada za gołąbkami w sosie pomidorowym, dlatego właśnie takie przygotowałam. 

Na koniec winna jestem wyjaśnienia, że Oni są już od kilku lat małżeństwem i żyją teraz w dalekim Bostonie. Przypuszczam, że On nadal nie umie zrobić gołąbków... ale Ona po tych kilku latach na pewno umie ugotować najbardziej wymyślne curry. Ten wpis dedykuję Oli i Purushowi...


Gołąbki w sosie pomidorowym
przepis na 15 sztuk

główka kapusty włoskiej
1kg chudego mięsa mielonego (użyłam mielonej łopatki wieprzowej)
szklanka białego ryżu
2 marchewki
pół litra bulionu warzywnego
olej do smażenia (około 100ml)
6 łyżek koncentratu pomidorowego
1 łyżeczka słodkiej papryki (opcjonalnie)
sól i pieprz


Główkę kapusty trzeba umieścić w garnku z wrzątkiem i stopniowo blanszować liście. Kolejno odcinać zewnętrzne warstwy aż do samego głąba. Ostrym nożem pozbyć się unerwienia z większych liści (gołąbki łatwiej będzie zwijać). Potrzebne będzie minimum 15 liści do zawijania. Pozostałe liście należy również sparzyć, przydadzą się do wyłożenia brytfanny. 
Ryż trzeba ugotować na sypko w osolonej wodzie i przestudzić. Jeśli serwujecie gołąbki bez dodatków to można zwiększyć ilość ryżu. Z podanych proporcji wyjdą gołąbki raczej mięsne. 
Aby przygotować farsz: mieszamy mięso mielone z ryżem, doprawiamy solą i pieprzem, opcjonalnie słodką papryką (najlepiej posmakować surowego nadzienia). Na każdy liść kładziemy porcję farszu i zwijamy. Brzegi można podwinąć do środka albo wcisnąć w mielone mięso. W miarę smażenia kapuściane liście powinny zapiec się w nadzieniu i gołąbki nie będą się rozpadać. Gołąbki obsmażamy lekko na rozgrzanym oleju. Dno brytfanny albo płaskiego rondla wykładamy pozostałymi, małymi liśćmi kapusty oraz pokrojoną w grubsze plastry marchewką. Obsmażone gołąbki układamy jeden przy drugim. Wszystko zalewamy bulionem wymieszanym z koncentratem pomidorowym. Dusimy pod przykryciem na małej mocy palnika albo w piekarniku przez minimum 1,5 godziny (najlepiej sprawdzić miękkość kapusty). Opcjonalnie do sosu można dodać odrobinę śmietany ale ja tego nie robię bo lubię naturalny smak gołąbków. 
Smacznego


sobota, 15 lutego 2014

Mleczne bułeczki z czekoladą


Na leniwe weekendowe śniadanie zamawiam zawsze jajko na miękko z odrobiną morskiej soli i łyżeczką majonezu. Do tego kawałek ciężkiego razowca z masłem i może ogórek. 
Ale potem najchętniej jeszcze mały rogalik albo idealnie... mleczna bułeczka z kawałkami czekolady.
W tygodniu kiedy chcę zrobić sobie przyjemność wstaję pół godziny wcześniej, robię sobie czarną kawę i zjadam... taką bułeczkę. 
Kiedyś lubiłam wyłącznie kawę z mlekiem. 
Z wiekiem gust się zmienia i tak ja z czasem polubiłam kawę czarną. 
Kiedy bułeczka jest świeża (z nocnego wypieku) miękki miąższ skubię powoli bez dodatków. Od czasu do czasu napotykam tylko na słodki czekoladowy groszek. Innym razem przekrawam ją na pół i dodaję łyżeczkę czereśniowego dżemu. 
Do tego kilka stron dobrej lektury i zaczynam miło dzień.
Polecam każdemu...

Tym krótkim wpisem dołączam się do czekoladowego tygodnia, do którego link znajdziecie obok. Bo  czy jest ktoś, kto nie lubi czekolady?


Bułeczki z czekoladowymi groszkami

450g mąki
1 jajko
2 łyżki masła
200ml ciepłego mleka
płaska łyżeczka soli
2 łyżki cukru
8g świeżych drożdży
100g czekoladowych groszków

do posmarowania bułeczek 1 żółtko i łyżka mleka

W ciepłym (nie gorącym!) mleku rozpuszczamy cukier i sól oraz wkruszamy drożdże. Dokładnie mieszamy. Zaczyn odstawiamy do momentu aż na powierzchni pojawią się pęcherzyki. Następnie dodajemy jajko, rozpuszczone, przestudzone masło i odrobinę mąki. Na początku mieszamy wszystko trzepaczką balonową. Po dodaniu całej mąki zagniatamy ciasto, które powinno być gładkie i elastyczne ale nie powinno się kleić do rąk. W razie potrzeby można dodać jeszcze odrobinę mąki. Ciasto formujemy w kulę i odstawiamy na około godzinę do wyrośnięcia (najlepiej w ciepłe miejsce). 
Wyrośnięte ciasto jeszcze raz zagniatamy i dosypujemy czekoladowe groszki. Formujemy osiem małych bułeczek i układamy na blaszce do ponownego wyrośnięcia (około pół godziny). 
Kiedy bułeczki podwoją swoją objętość smarujemy je żółtkiem rozrobionym z łyżką mleka i pieczemy w piekarniku nagrzanym do temperatury 200 stopni przez około 20 minut (aż się zarumienią). Studzimy na kratce. 
Smacznego


wtorek, 3 września 2013

Całkiem nowa zupa dyniowa


Jadłam kiedyś zupę dyniową gotowaną na sposób egzotyczny, podaną z mięsem kraba. Mój Mąż po spróbowaniu powiedział, że wstydziłby się na miejscu kucharza, gdyby ugotował coś takiego i nie zjadł ani łyżki więcej. Zupa była bowiem bardzo przekombinowana. Podano ją w iście królewski sposób ale z całej eleganckiej przystawki jadalna była tylko bułeczka podana na talerzyku obok. Powiedziałam sobie wtedy, żadnych udziwnień, prosty smak obroni się sam. Dobra dynia, dobre zioła i bulion, jak mówi moja Ciocia dobre z dobrym nie może wyjść niedobrze.
W ubiegłym roku opublikowałam tutaj przepis na zupę dyniową. Nie chciałabym się powtarzać ale odkryłam dużo lepszą kombinację smaków, którą polubiłam od pierwszej łyżki choć wydawała się bardzo egzotyczna.
Zastanawiałam się długo czy już czas na dynie. Wolałabym jeszcze przez chwilkę zaklinać lato, żeby zostało z nami jak najdłużej. No ale kiedy dziś wracałam z pracy w deszczu, nie myślałam o niczym innym, tylko o talerzu rozgrzewającej zupy.
Ta nowa dyniowa powstała w około pół godziny. Użyłam do niej mleka kokosowego i imbiru, ale  smaki te nie zdominowały zupy. Na wierzch dodałam kroplę oleju z Góry Świętego Wawrzyńca. Jest to tłoczony na zimno olej rzepakowy, który zachował specyficzną cierpkość i roślinny smak. Pochodzi z okolic rezerwatu przyrody Góra Świętego Wawrzyńca i jemu zawdzięcza swoją nazwę. Walory oleju rzepakowego są już chyba wszystkim znane. Używajcie go więc zamiast oliwy. Jest to produkt z mojego regionu i dlatego polecam go gorąco. 


Zupa dyniowa z mlekiem kokosowym i imbirem

500ml wody
0.5kg obranej dyni (na przykład hokkaido albo orange sweety)
200ml mleka kokosowego
2-3 łyżki oleju rzepakowego
1 duży dojrzały pomidor
1 mała pietruszka
1 mała marchewka
1 łodyga selera naciowego albo kawałek korzenia zwykłego selera
1 cebula
ząbek czosnku
sól, pieprz, szczypta mielonego imbiru

do podania grzanki z żytniego chleba na zakwasie
świeży tymianek
olej z Góry Św. Warwrzyńca

Zupę uda się przygotować bardzo szybko jeśli wcześniej mamy przygotowane puree z dyni. Jeśli jednak nie, to też nic nie szkodzi. Najpierw do garnka z wrzącą wodą wrzucamy warzywa: marchewkę, seler, pietruszkę oraz dynię i gotujemy do miękkości. Na patelni rozgrzewamy olej, podsmażamy drobno posiekaną cebulę, kiedy się zeszkli wrzucamy czosnek przeciśnięty przez praskę i podsmażamy jeszcze chwilkę. Pomidora obieramy ze skórki, siekamy i wrzucamy na patelnię razem z pestkami. Wszystko przesmażamy dokładnie i wlewamy do garnka z wywarem. Gotujemy około 10 minut a następnie przy pomocy blendera miksujemy na gładki krem. Doprawiamy solą, pieprzem oraz imbirem, dolewamy mleko kokosowe. Zupę podajemy z grzankami, polaną kroplą oleju rzepakowego tłoczonego na zimno i posypaną świeżym tymiankiem. 
Smacznego 

czwartek, 30 maja 2013

Ciasteczka owsiane ze słonecznikiem


Przepisy na ciastka owsiane zawsze omijałam, bo nie lubię twardych sucharków i surowych płatków, które kleją się w ustach. Pewnego razu jednak spróbowałam idealnego, wilgotnego ciastka pełnego ziaren słonecznika i rodzynek oraz czekolady. O dziwo nie było to ciastko domowej roboty!
Od tego momentu próbowałam znaleźć złotą receptę na ciastka owsiane i cały czas delektowałam się smakołykami z pobliskiej piekarenki. Niedawno zaobserwowałam, że kupowane w sklepie wypieki robiły się coraz to mniejsze i mniejsze. Wreszcie za tę samą cenę dostałam maleńkie ciasteczko zamiast mojego ulubionego ciastka owsianego. Nie lubię być nabijana w butelkę i nie zapłacę za coś, co nie jest warte swojej ceny. Był to znak, że pora upiec ciastka owsiane własnoręcznie. 
Moje ciasteczka są słodkie za sprawą brązowego cukru, chrupiące ale nie twarde. Mają w sobie dużo dobroczynnych ziaren słonecznika, rodzynek i czekolady oraz waniliowy aromat.  Z podanych proporcji otrzymałam ponad kilogram ciastek. Zapakowałam je do puszki i ustawiłam na najwyższej półce aby były trudno dostępne. Teraz muszę przystawiać sobie krzesło by sięgnąć choć jedno... 
Zamierzam bowiem zabrać wszystkie ze sobą jako podróżny prowiant na długi weekend, który już się dla mnie zaczął (i mam nadzieję, że mimo wszystko nie będzie deszczowy!).



Ciasteczka owsiane

300g masła
200g mąki pszennej 
200g mąki owsianej (można zastąpić inną)
250g płatków owsianych
300g brązowego cukru demerara
szczypta soli
2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
łyżeczka sody oczyszczonej
2 duże jajka
200g pastylek czekoladowych
100g rodzynek lub suszonych żurawin
200g łuskanego ziarna słonecznika

Masło należy utrzeć z cukrem na puszystą masę. Pod koniec ucierania dodać jajka oraz ekstrakt waniliowy i doprowadzić do całkowitego rozpuszczenia cukru. W osobnym naczyniu wymieszać mąkę z solą, sodą oczyszczoną i płatkami owsianymi. 
Suche składniki trzeba połączyć z masą jajeczno-maślaną. Na koniec wsypać dodatki: czekoladowe pastylki, rodzynki oraz pestki słonecznika i wszystko dokładnie wymieszać. Ciasto nabierać łyżeczką i układać na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Piec przez około 15 minut w temperaturze 180 stopni, aż do zrumienienia. Aby przyspieszyć pieczenie używałam termoobiegu. Studzić na kratce. 
Mąkę owsianą można zastąpić inną mąką np. orkiszową albo użyć jedynie mąki pszennej. Polecam jednak skorzystanie z podanych proporcji. Dodatek mąki owsianej sprawia, że ciastka zachowują wilgoć i zyskują wyjątkowy smak. 
Smacznego


Dobrego weekendu Wam życzę!

czwartek, 14 marca 2013

Popijając herbatę


Siedzę w fotelu i popijam herbatę a za oknem znów zawierucha i śnieg w połowie marca. Uciekam myślami do zielonych herbacianych plantacji. Podczas podróży zwykle nie odwiedzam dwa razy tych samych miejsc. Staram się szukać nowych wrażeń i emocji. Dla plantacji herbaty gotowa jestem zrobić wyjątek. Mają w sobie coś uspokajającego, co przyciąga jak magnes i głęboko zapada w pamięć. Dodatkowo z takich podróży przywożę zapasy herbaty na długi czas po powrocie do domu. 
Herbata jest po wodzie najczęściej pitym napojem na świecie. W Europie, Azji i Ameryce Północnej jest dużo popularniejsza niż kawa. Piją ją przecież dzieci i osoby dorosłe. Jest nadzwyczaj popularna w Rosji, Wielkiej Brytanii, Turcji, Indiach, Chinach i Japonii. Bardzo dużo czarnej herbaty piją też narody Afryki. 

Herbatę uprawia się w górach, bo krzewy herbaciane potrzebują dużego nasłonecznienia, sporych opadów i jednocześnie niskiej temperatury aby ich liście zachowały aromat oraz walory smakowe. Na plantacjach  herbaty zwykle panuje przyjemny chłód, chociaż duża jest wilgotność powietrza a krzewy nie dorastają do wysokości 2 m. Herbata pochodzi z Chin i wszystkie jej rodzaje powstają przez przetwarzanie liści jednego z dwóch gatunków: Camellia sinensis, czyli herbaty chińskiej albo Camellia assamica.
Jest na świecie tylko kilka miejsc, z których herbata smakuje wyjątkowo za sprawą szlachetności odmian i urodzajności gleby. Należy do nich indyjski Darjeeling. Herbatę z tego regionu nazywa się szampanem spośród herbat. Szacuje się, że co roku pod nazwą darjeeling sprzedawanych jest wiele ton świetnych herbat lecz nieliczne oryginalnie pochodzą z plantacji u stóp Himalajów, które są tak słynne.

Moją pierwszą filiżankę darjeeling wspominam do dziś, była świetnie przygotowana, zaparzona jak trzeba i bardzo mocna. Zaskoczyła mnie swoim głębokim aromatem. Do dziś darjeeling jest jedną z moich ulubionych herbat. 
Herbaty z darjeeling zbiera się o różnych porach roku. Dlatego mogą być sprzedawane jako tak zwany first flush, który uzyskuje się w połowie marca, tuż po wiosennych deszczach. First flush jest bardzo delikatny w smaku i kolorze. Następny zbiór zwany second flush przypada w czerwcu i daje ceniony napar o bursztynowej barwie. Ostatni autumnal flush jest zbierany po jesiennych deszczach i chociaż ma głęboki kolor zachowuje delikatny aromat. 
W Darjeeling produkuje się herbatę białą, pochodzącą z dopiero rozwijających się, suszonych w słońcu pąków. Z młodych niefermentowanych liści pochodzi herbata zielona, o właściwościach silnie pobudzających ze względu na zawartość teiny. Najbardziej znaną i cenioną wersją jest jednak herbata czarna i oolong. Ten ostatni rodzaj powstaje przez częściową fermentację, której zawdzięcza delikatny smak i barwę.



Już w niewielu miejscach na świecie herbatę zbiera się ręcznie albo przy użyciu nożyc. Należą do nich plantacje Indii i Sri Lanki. Na ciemnozielonych gałązkach co jakiś czas wyrastają młode pąki a z nich intensywnie jasne liście. Zbieracze wybierają najmniejsze , zwane orange pekoe, które odrastają średnio co 3 tygodnie. To najmłodszym listkom herbaciane plantacje zawdzięczają swój wiosenny zielony kolor i charakterystyczny strefowy układ. Po zbiorze na plantacji zatykana jest tabliczka z datą następnego, po to by zarządca pola miał jasny obraz kiedy i gdzie należy zbierać. Herbata wrzucana jest do koszy i jutowych worków, w których się ją waży i transportuje do fabryk, zwykle znajdujących się w niedalekim sąsiedztwie. 
Zawód zbieracza hebraty to ciężka praca. W Indiach zwykle parają się nią kobiety. W innych krajach uczestniczą w nim częściej mężczyźni. Praktykuje się również zbiór mechaniczny i półmechaniczny, który jest mniej pracochłonny ale za to nieprecyzyjny. Za zbiór jednego worka herbaty w malezyjskim Cameron Highlands robotnik otrzymuje jedynie równowartość siedmiu złotych. Łatwo zgadnąć, że w ciągu dnia nie zdoła zebrać wielu takich worków, dlatego najczęściej zarabia niewiele. Zbiorem zajmują się całe rodziny. Tworzą nieopodal plantacji małe społeczności i żyją wyłącznie dzięki pracy przy zbiorze i obróbce herbaty. 
Pamiętam drogę wśród herbacianych pól w indyjskim Munnarze. Wysiedliśmy z auta i usłyszeliśmy cichy, bo dobiegający z daleka, ale dość wyraźny odgłos nożyc. Na przeciwległym wzgórzu migały kolorowe sari kobiet, które w pełnym słońcu zbierały herbatę. W Malezji udało mi się porozmawiać ze zbierającymi herbatę pracownikami i okazało się że są uśmiechnięci, zadowoleni a do tego wcale nie narzekają na swoją pracę. 


Produkcja herbaty jest wyjątkowo prosta. Świeże listki zwija się, miażdży a niekiedy wcześniej  rozdrabnia aby uwolnić występujące w nich naturalnie enzymy, które pozostawione w atmosferze tlenowej przeprowadzają proces fermentacji (albo utleniania właśnie). Od długości fermentacji zależy smak herbaty. Dobrze nam znane odmiany herbat czarnych fermentuje się około 1.5h. Herbatę oolong poddaje się fermentacji trwającej od 20 do 60% tego czasu. Aby zatrzymać proces utleniania herbata jest następnie suszona przy pomocy ciepłego powietrza. W każdej szanującej się fabryce znajduje się miejsce gdzie przeprowadza się kontrolę jakości a więc degustuje się końcowy produkt. W niewielkich naczynkach zaparza się każdą z produkowanych partii a następnie ocenia się kolor, smak i zapach naparu. W zależności od tego herbata jest dzielona na klasy jakości i pakowana.
Kiedyś przy zakupie herbaty kierowałam się wyłącznie wielkością liści. Dziś wiem, że herbaty łamane, czyli takie które przed fermentacją rozdrobniono, mogą być dużo lepsze niż słabej klasy herbaty liściaste. Dodatkowo napary przygotowane z takich herbat mają piękny bursztynowy kolor. Chętnie piję czarne herbaty o intensywnym aromacie ale lubię też zielone, tradycyjne albo aromatyzowane. Najlepszą herbatę piję bez dodatków, żeby w pełni docenić jej smak. A Ty jaką lubisz herbatę?

sobota, 24 listopada 2012

Pizza krok po kroku


Moje eksperymentowanie z pizzą zaczęłam jeszcze w podstawówce. Przepis spisałam na kartce od młodszej Siostry mojego Taty. To była gruba i puchata pizza z pieczarkami, startym żółtym serem i ketchupem z Włocławka (według Mojego Męża najlepszy na świecie), który zna chyba każdy. Sama piekłam potem trochę inną wersję. Uczyłam się ile soli dodać do ciasta, jak długo musi wyrastać i w jakiej temperaturze je piec?
Na studiach chodziliśmy do małej pizzerii Picolo, w której serwowano tylko pizzę, herbatę i czerwony barszcz. Zawsze była tam kolejka, nawet tuż przed zamknięciem. Zamykali blisko północy i wtedy zamawialiśmy puchatą pizzę na wynos. Była pyszna!
Potem posmakowałam pizzy na cienkim cieście, pieczonej w piecu opalanym drewnem, z dodatkiem oliwy, rukoli i prawdziwej mozzarelli. To było bardzo dawno i od tamtego czasu często próbowałam zrobić taką w domu. 
Moja pizza jest tym co da się upiec na blaszce, bez specjalnego pieca. Dodatki wybieram według apetytu, najczęściej są to tylko: mozzarella, pomidory i czarne oliwki. Często na połowie placka dokładam inne dodatki a część zostawiam jako klasyczną margheritę tylko dla mnie. Ciasto wałkuję raczej cieniutko i nie pozostawiam do wyrastania, wkładam od razu do pieca. Do upieczonej pizzy podaję czasem osobno oliwę z pierwszego tłoczenia, może być czosnkowa albo z dodatkiem ziół. 
Kiedy więc tak jak dziś mam ochotę na pizzę wyjmuję blaszkę i przynoszę z piwnicy domowej roboty passatę pomidorową. Zagniatam ciasto. W czasie gdy wyrasta biegnę do sklepiku po mozzarellę. Do tego otwieram butelkę ulubionego wina i mam już kolację. 


Pizza domowa

ciasto 
2 szklanki mąki (użyłam mąki szymanowskiej)
2 dkg świeżych drożdży
2 łyżki oliwy z oliwek
łyżeczka białego cukru
łyżka soli morskiej
200ml ciepłej wody

sos
200ml passaty pomidorowej (używam passaty domowej roboty, z pestkami, można użyć pomidorów z puszki)
2 łyżki oliwy 
łyżka suszonego oregano (lepiej gałązka świeżego)
łyżka suszonej bazyli (lepiej garść listków świeżej)
1 duży ząbek czosnku
szczypta mielonego chili
szczypta soli (jeśli passata była solona można pominąć)
szczypta brązowego cukru

dodatki 
2 kulki sera mozzarella
20-30 czarnych oliwek
kilka filecików anchois (opcjonalnie)

Drożdże rozkruszam w misce, dodaję cukier, sól i 3 łyżki ciepłej wody oraz 2 łyżki mąki. Wszystko razem mieszam i wstawiam do kąpieli z ciepłej wody aby drożdże się "obudziły" i zaczęły rosnąć. Gdy masa podwoi swoją objętość dodaję pozostałą mąkę, oliwę z oliwek i stopniowo dolewam wodę. Ciasto musi być elastyczne ale nie może kleić się do rąk. Jeśli jednak się klei dosypuję odrobinę mąki. Gładkie ciasto formuję w kulę i odstawiam do wyrośnięcia w ciepłe miejsce, przykrywam ściereczką żeby nie wysychało (wyrośnięte ciasto wygląda jak na zdjęciu). 
W tym czasie przygotowuję sos. Małą butelkę passaty pomidorowej (gotuję sama w sezonie z pomidorów razem z pestkami) smażę na patelni z oliwą. Gdy jej objętość się odrobinę zredukuje dodaję przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku, zioła i przyprawy. Mieszam i odstawiam do przestudzenia.
Po wyrośnięciu, czyli po około 30 minutach ciasto jeszcze raz zagniatam, aby uwolnić pęcherzyki dwutlenku węgla, który powstał w procesie wyrastania. Wtedy wałkuję ciasto cieniutko i układam na blaszce wysypanej warstewką mąki. Nie pozwalam aby ciasto wyrosło po raz drugi, wtedy pizza zostaje cieniutka (wyrasta jeszcze nieco w piekarniku). Brzegi ciasta smaruję oliwą. Na środek rozkładam przestudzony sos, mozzarellę pokrojoną w cieniutkie plasterki i oliwki, które wcześniej pozbawiam pestek (moją pizzę przed upieczeniem widać na ostatnim zdjęciu). Piekę w dobrze nagrzanym piekarniku (220 stopni) przez 30 minut. Przez ostatnie 10 minut używam funkcji grzania z góry aby ser się ładnie rozpiekł, a brzegi się lekko zrumieniły. Czas pieczenia zależy od tego jak bardzo rozwałkowane jest ciasto. Spód pizzy powinien być lekko chrupiący ale ciasto na brzegach powinno zachować puszystość. 
Smacznego

środa, 14 listopada 2012

Szarlotka i film


Niedawno obejrzałam film. Był to dokumentalny obraz pod tytułem "Samsara", wyreżyserowany przed Rona Fricke. Ewenementem tego filmu jest fakt, że przez ponad 90 minut nie pada w nim ani jedno słowo ale mimo tego film nie jest nudny. Skłania za to do przemyśleń i zaskakuje. Przedstawia ludzkie życie w wielu kulturach od momentu narodzin aż do śmierci. Przeplatają się w nim różne religie i zakątki świata ale ludzkie zachowania są identyczne. Sam tytuł w sanskrycie określa nieustanny cykl przemijania. W Samsarze przejawia się to na przykład przez wędrówki pielgrzymów w Mekce, pracę w wielkich fabrykach i taniec. Film uświadamia nam też ciągły obieg materii: od produkcji dóbr po wielkie wysypiska i złomownie samochodów. W to wszystko wpisane są ludzkie atawizmy, pragnienia i zachłanność, które od lat się nie zmieniają, bo jesteśmy przecież częścią natury. Samsara to piękny obraz i doskonała muzyka, której nie można przegapić. Ron Fricke przed 10 laty stworzył film pod tytułem "Baraka", którego jeszcze nie widziałam ale wiem, że trafił do wielu widzów na całym świecie. "Samsara" na pewno powtórzy ten sukces. Nie przegapcie jej w kinach, bo na dużym ekranie z całą pewnością zachwyca bardziej!

Oprócz filmu przygotowałam na dziś szarlotkę z antonówek, które obrodziły w tym roku niezwykle hojnie. Ich kwaskowaty miąższ świetnie nadaje się do wypieków i stanowi świetne połączenie z kruchym ciastem. Wierzch posypałam brązowym cukrem, który zapiekł się w chrupiącą skorupkę i ładnie zrumienił. Ciasto nie jest zbyt słodkie dlatego można podać je z lodami albo sosem waniliowym.


Szarlotka z antonówek

6 dużych antonówek (można użyć innych niezbyt soczystych jabłek)
200g masła
400g mąki
120g cukru pudru
2 łyżki bułki tartej
łyżka kwaśnej śmietany
4 żółtka i 1 białko
5-6 łyżek brązowego cukru
2 łyżeczki cynamonu 

Jabłka pokrojone w cienkie plasterki posypujemy 4 łyżkami brązowego cukru oraz cynamonem i odstawiamy na chwilkę, aż puszczą sok. Masło z mąką i cukrem pudrem trzeba posiekać na kruszonkę, do niej dodać żółtka, kwaśną śmietanę i szybko wygnieść. Jeśli ciasto jest zbyt wilgotne należy dodać odrobinę więcej mąki. Tak przygotowanym ciastem wyklejamy wysmarowaną foremkę do szarlotki, połowę pozostawiamy do przykrycia wierzchu. Dno foremki wysypujemy bułką tartą, która powinna wchłonąć nadmiar wilgoci, uwalnianej z jabłek podczas pieczenia. Następnie warstwami układamy plasterki odsączonych z soku jabłek. Wierzch przykrywamy pozostałym ciastem, które trzeba cieniutko rozwałkować. Z okrawków ciasta można wyciąć serduszka i udekorować nimi ciasto. Na koniec smarujemy ciasto roztrzepanym białkiem i posypujemy brązowym cukrem. Pieczemy 45 minut w temperaturze 180 stopni. Gotowe!
Smacznego

piątek, 9 listopada 2012

Pieczone ziemniaki


Lubię ziemniaki. Można z nich przygotować tyle rzeczy. Upiec, ugotować, usmażyć z nich moje ulubione placki ziemniaczane, frytki albo zrobić szare kluski. Można ziemniaczaną kiszkę, puree, pyzy albo knedle, opcji jest tysiące, tyle ile domów, dodatków oraz zwyczajów kuchennych.

Na świętego Marcina serwuje się gęsinę (klik). Mięso gęsi jest zdrowe i smaczne ale równie cenny jest gęsi tłuszcz. Nadaje się on najlepiej do pieczenia ziemniaków. W chłodne listopadowe dni mam ochotę właśnie na piecznone potato wedges. Muszą mieć chrupiącą złocistą skórkę. Taką skórkę najłatwiej uzyskać smarując ziemniaczki gęsim tłuszczem. 

Podczas pieczenia gęsi do gęślarki, albo brytfanny dodajemy tylko kilka łyżek wody, by mięso nie przywarło. W gorącym piekarniku tłuszcz zaczyna się wytapiać i po przestudzeniu łatwo zebrać go łyżką. Gęsi smalec trzeba przechowywać w lodówce i korzystać ile się da, bowiem zawiera dużo wielonienasyconych kwasów tłuszczowych i witamin. Należy więc wbrew pozorom do grupy zdrowych produktów kiedy jest spożywany z umiarem. Można go  już kupić w niektórych sklepach, czasem nawet ze smakowymi dodatkami.

W listopadowy wieczór wsypuję więc moje upieczone ziemniaczki do miseczki, posypuję solą morską prosto z młynka i nie potrzebuję wyrafinowanej kolacji. Nieważne ile zrobię, nigdy nie zostaje ani trochę. 


Ziemniaki pieczone w gęsim tłuszczu

ziemniaki
gęsi tłuszcz
2-3 gałązki rozmarynu
sól morska


Ziemniaki myjemy i kroimy w kliniki albo ćwiartki razem ze skórką. Uwaga, skórka musi być cienka i czysta. Do pieczenia najlepiej nadają się ziemniaki właśnie jesienne albo młode (na przednówku, gdy mają już wyschniętą skórkę nie udają się już takie smaczne). Pokrojone ziemniaczane kliniki trzeba krótko podgotować, zajmuje to około 10 minut. Chodzi o to, że ziemniaki muszą zostać twarde ale już nie całkiem surowe. Następnie należy je odsączyć z wody na sitku i pozwolić by nieco przestygły. W tym czasie rozgrzewamy 1-2 łyżki gęsiego smalcu. Do naczynia żaroodpornego wrzucamy ziemniaczane kliniki i przy pomocy pędzla smarujemy gęsim tłuszczem. Piekarnik ustawiamy na funkcję grilla albo grzejemy z góry stosując dość wysoką temperaturę  (u mnie 200 stopni). Pieczemy ziemniaczki do zrumienienia, od czasu do czasu mieszając i polewając tłuszczem z dna naczynia. Można dodać listki rozmarynu do smaku. Podajemy gorące z solą morską. 
Smacznego

sobota, 13 października 2012

Ciasteczka z mąki krupczatki


Na co dzień rzadko mam do czynienia z ludźmi, którzy naprawdę próbowali luksusów. Moi znajomi raczej poprzestają na prostych rzeczach, nie kupują bardzo drogich ubrań i sprzętów. Raz na jakiś czas ktoś pozwoli sobie na odrobinę droższy zegarek albo biżuterię na wyjątkową okazję. Sama nie czuję się źle z tym, że czasem kupuję coś droższego, ale robię to sporadycznie. Zastanawia mnie jednak czasem skąd bierze się snobizm? Skąd w ludziach potrzeba otaczania się przedmiotami, których tak naprawdę wcale nie potrzebują, albo takich które nie różnią się niczym od tańszych odpowiedników, niczym poza metką... 
To samo dotyczy jedzenia w zbyt drogich restauracjach, kupowania drogich odpowiedników rodzimych produktów, w luksusowych delikatesach. Nie ma w tym nic złego, o ile docenia się też lokalne i świeże produkty. 
Zapanowała moda na pieczenie z włoskiej mąki i duńskiego masła, smażenie na wyjątkowej oliwie oraz na miód manuka. Są to produkty drogie a jestem przekonana, że większość z konsumentów nie jest w stanie odróżnić smaku ciastek z włoskiej mąki od tych z naszej polskiej krupczatki. 
Jest trochę jak z bardzo drogą kawą - kopi luwak, którą pozyskuje się z odchodów łaskunów. Zawdzięcza temu swoją rzekomą delikatność. Tylko koneserzy i ludzie obdarzeni wyjątkowym zmysłem smaku są w stanie odróżnić tę kawę od dobrej mieszanki "zwykłych" kaw. Pozostali kupują ją nie tylko z ciekawości, ale też z próżności. 
Wobec takich przysmaków bez wahania wybieram prostotę i swojskie dania. 
Zaparzam dobrą czarną herbatę i piekę ciasteczka z mąki krupczatki. Dzięki temu, że jest grubo mielona ciastka udają się wyśmienicie kruche i delikatne, maślane. Dekoruję je marmoladą z czerwonego agrestu, którą zrobiłam latem. Chyba ani jedno z moich ciastek nie wyszło idealnie okrągłe, ale za to wszystkie miały idealny smak. Nie za słodkie i delikatne, zniknęły raz dwa. Jest to popisowy wypiek mojej Siostry Agaty i jedne z moich ulubionych ciastek.



Ciasteczka Agaty

0.5kg mąki krupczatki
kostka tłuszczu (najlepiej masła)
łyżka smalcu
2 łyżki kwaśnej śmietany
niepełna szklanka cukru pudru 
łyżeczka proszku do pieczenia
pół łyżeczki sody oczyszczonej rozpuszczonej w odrobinie mleka
4 żółtka


Mąkę trzeba pomieszać z proszkiem do pieczenia i cukrem pudrem. Masło w temperaturze pokojowej należy posiekać z mąką i smalcem. Dodać do tego żółtka, śmietanę i sodę rozpuszczoną w odrobinie mleka. Zagniatać ciasto, aż będzie miało jednolitą strukturę. Powinno jednak pozostać miękkie. Ciasto trzeba schłodzić w lodówce. Wałkować na grubość 4-5 milimetrów i wycinać ciastka w ulubionym kształcie. Wierzch można posmarować białkiem albo żółtkiem i posypywać cukrem kryształem, albo tak jak ja dodawać odrobinę ulubionej marmolady czy też dżemu. Swoje ciasteczka upiekłam z marmoladą z czerwonego agrestu, która jest kwaskowa. Drugą porcję zrobiłam bez dodatków. Czas pieczenia zależy od piekarnika, ciastka powinny mieć złoty kolor. Moje ciasteczka piekłam 15 minut w temperaturze 180 stopni. 
Smacznego

środa, 19 września 2012

Kisiel żurawinowy


Jedną z ulubionych książek mojego dzieciństwa jest Przez dziurkę od klucza autorstwa Krystyny Siesickiej. To jest książka do gruntu dziewczyńska i traktuje w dużej mierze o gotowaniu. Może właśnie dlatego tak ją polubiłam. Wracałam do niej setki razy, czytałam od początku do końca albo na wyrywki. Ostatnio znów poczytywałam ją w autobusie, bo krótkie rozdziały są w sam raz na kilka przystanków. Jeśli jednak ktoś jeszcze tej książki nie zna dodam prędko, że jej bohaterką jest Joanna i jej cała rodzina, z ciepłą i dowcipną babunią na czele. Akcja toczy się w czasach, w których sklepowe półki świeciły pustkami i tylko kreatywność gospodyń decydowała o tym jak urozmaicone dania pojawiały się na stołach. Jeśli jednak chodzi o różnice pokoleniowe albo problemy rodzinne chyba nic się do dziś nie zmieniło. Może dlatego Przez dziurkę od klucza nie straciło nic a nic na aktualności. Tak samo jak niezawodne rady naszych babć i książkowej babuni.


Kupiłam pierwsze dzikie żurawiny. Na razie tylko małą garstkę. Niedługo pojawią się żurawiny hodowlane, dorodne i duże. Razem z żurawinami przychodzą pierwsze chłodne dni. Pora więc na kisiel żurawinowy do picia, który rozgrzewa nie gorzej niż herbata z cytryną. Zamiast przepisu zacytuję dziś fragment książki, którą nie przez przypadek akurat dziś wspomniałam.

A czy  babunia by nie płakała na moim miejscu? Gdyby babunia zrozumiała nagle, że babunia jest zwyczajnym potworem, to jak by babuni wtedy było? Nawet mi przez myśl nie przeszło, że ja jestem takim potworem, babuniu, czuję się wprost haniebnie! Chyba pójdę po żurawiny i zrobię wam taki rzadziutki kisiel do picia, może mi to poprawi samopoczucie. Ila mam kupić, babuniu? Tak, żeby mi wyszło około trzech litrów tego picia?
-Trzydzieści deka, Joasiu!
-A cukru? 
-Pewnie około ćwierć kilo, ale to musisz spróbować, kiedy się już rozpuści, i w razie czego dodać jeszcze trochę.
-Myślę, że mi się to jakoś uda, mam takie przeczucie!
Więc tak: najpierw zagotuję żurawiny w małej ilości wody i zaraz przetrę je przez cedzak, potem doleję do tego resztę wody, wsypię cukier i kiedy już się to wszystko będzie gotowało, wleję siedem czubatych łyżeczek mąki ziemniaczanej rozpuszczonej w zimnej wodzie, tak, babuniu?
-Tak, kochanie, i pamiętaj, żeby mieszać kisiel bardzo energicznie w chwili dodawania mąki. Zdejmiesz z gazu, gdy tylko zagotuje się i zacznie gęstnieć. Ale pamiętaj Joasiu, że to ma być picie, a nie klasyczny kisiel.
-Wiem o czym babunia myśli! O tym klajstrze, który zrobiłam poprzednim razem! To bardzo uprzejmie z babuni strony, że babunia o nim mówi "klasyczny kisiel"!


Mój kisiel bardziej przypominał wersję klasyczną, dodałam bowiem podwojoną ilość mąki ziemniaczanej. Dodatkowo nie wszystkie żurawiny przetarłam przez sito, dlatego że lubię  odrobinę owoców w kisielu, nawet jeśli jest są to żurawiny. Nie należy jednak przesadzać gdyż skórka naturalnych żurawin zostawia goryczkę. Taki kisiel żurawinowy jest o niebo lepszy od tego z torebki, tak samo łatwy w przygotowaniu i bardzo zdrowy. Polecam!

Przepis pochodzi oczywiście z książki:
Przez dziurkę od klucza 
Krystyna Siesicka
wydawnictwo Siedmioróg 1994