Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ryż. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lipca 2013

Nasi goreng kampung


W Malezji sprzedaje się dwa podstawowe rodzaje taniego jedzenia, które można zjeść dosłownie wszędzie. Pierwszym jest mee goreng, czyli smażony makaron jajeczny. Drugi to nasi goreng, czyli smażony ryż. Azja jak wiadomo ryżem stoi więc w każdej restauracji i w przydrożnych jadłodajniach zawsze jest dostępny gotowany ryż. Wystarczy tylko go połączyć z warzywami, mięsem albo owocami morza i mamy danie. Nasi goreng jadłam w różnych miejscach i nigdy nie smakował tak samo. Czasem podaje się go z mięsem kurczaka, czasem z krewetkami albo z samymi warzywami. Jeśli akurat jest sezon na kapustę to najpewniej znajdzie się w nasi goreng. Nad morzem uraczymy się daniem z rybą i to suszoną.
Bardzo popularne są maleńkie suszone na słońcu anchovies. Z ich wyrobu słynie skromna wyspa Pangkor, na zachodnim wybrzeżu kraju. Można się tam dostać za pomocą promu. Tuż po zacumowaniu w przystani wszyscy wysiadający z łodzi szybko orientują się czym trudnią się Malajowie na wyspie.  Zapach suszonych rybek przenika wszystko i w upalne dni roznosi się wkoło portu. Nie ma sklepu na wyspie, w którym nie da się kupić anchovies. Najmniejsze rybki sprzedawane są po najwyższych cenach. Obok sprzedaje się też suszone ośmiornice i kalmary oraz przeróżne rybne sosy. Malajowie uwielbiają  rybne smaki, dlatego wiele dań kuchni malajskiej opiera się o ryby albo owoce morza.  
Prawdę mówiąc po trzech tygodniach w Malezji miałam już serdecznie dość smażonego ryżu, bo w tej części Azji podaje się go o każdej porze dnia (na śniadanie obiad albo kolację). Teraz, po dłuższej przerwie chętnie wspominam tą potrawę. Do przygotowania nasi goreng kampung wykorzystałam młody sezonowy groszek oraz suszone rybki. Próbowałam odtworzyć ten charakterystyczny smak smażonego ryżu. W prostych jadłodajniach, w Azji smaży się wiele dań po sobie, na jednej patelni. Patelnia nie jest prawie nigdy myta a smak, który znajduje się na jej dnie przenika każdą następną porcję nasi goreng. I tego smaku nie da się odtworzyć w mojej kuchni. 
Mój nasi goreng jest jednak smaczny, sycący, szybki i bardzo charakterystyczny. 



Nasi goreng kampung
porcja na 2 osoby

200g ryżu basmati
4 łyżki stołowe suszonych rybek - anchovies (do kupienia w sklepach z żywnością azjatycką)
5 łyżek oleju z orzeszków ziemnych (można zastąpić innym olejem o neutralnym smaku)
jedna średnia marchewka
2 garście szpinaku baby
garść wyłuskanego zielonego groszku
pół średniej cukinii
2 jajka
2 ząbki czosnku
2 dymki
3 łodygi selera naciowego (albo młode łodygi selera korzeniowego)
pół ostrej papryczki chili
sól do smaku


Ryż trzeba ugotować w osolonej wodzie. W przypadku ryżu basmati zajmuje to na szczęście tylko 10 minut. Na patelni rozgrzewamy olej arachidowy i prażymy na nim suszone rybki aż lekko się zezłocą i staną się chrupkie.  Należy je wtedy odłożyć na bok a na patelnię wrzucić posiekane łodygi selera i dymkę. Moc kuchenki powinna wtedy być maksymalna, warzywa podsmażamy krótko aby nie straciły jędrności i cennych witamin. Przez cały czas mieszamy wszystko energicznie albo potrząsamy patelnią, jak podczas smażenia w woku. Po 2 minutach dorzucamy marchewkę pokrojoną w słupki, chili, groszek oraz przeciśnięty przez praskę czosnek. Wszystko razem musi się chwilkę smażyć ale nie powinno zbytnio zmięknąć (maksymalnie 5 minut). Na koniec do warzyw dodajemy cukinię pokrojoną w małe kawałki i czekamy aż się lekko zeszkli. Wtedy na patelnię trafia ryż. Powinien się dobrze rozgrzać, trzeba wymieszać go z warzywami. Jajka wbijamy do miseczki solimy i roztrzepujemy widelcem. Wlewamy je szybko na patelnię i mieszamy. Zmniejszamy moc palnika i czekamy aż jajka się zetną i obkleją ziarenka ryżu. Na koniec wszystko solimy do smaku i na patelnię dodajemy szpinak. Podsmażamy tylko chwilkę, cały czas mieszając. Podajemy posypane chrupkimi rybkami. 
Smacznego


poniedziałek, 29 października 2012

Biryani i Pilchy


Na skraju Puszczy Piskiej, w małej wsi Pilchy, w starej szkole przerobionej na stację badawczą zaskoczyła nas zima. Posypała śniegiem na jeszcze żółte brzozy, na kwiaty koniczyny, krwawnika i na zieloną trawę. Jeszcze w sobotę zbieraliśmy grzyby i borówki. Szukałam jesieni, która miała kolor czerwonych plam na tle brązowego krajobrazu. A to jak nakrapiane muchomory albo jak boje na jeziorze, a to jak pomarańczowa miechunka na polu albo borówki brusznice. Widać to na moich zdjęciach.

Dopiero po zapadnięciu zmroku zaczęło wiać. Wtedy my siedzieliśmy już przy długim kuchennym stole a wiatr słyszeliśmy tylko za oknem. Wspólne gotowanie łączy, dlatego tak je lubię. Smażyliśmy rydze na maśle, gotowaliśmy jednogarnkową kolację, która smakowała nawet trochę przypalona. W końcu gdzie kucharek sześć... Wypiliśmy po szklaneczce słodkiego grzańca a wtedy nawet niemieckie country brzmiało jakoś znośniej. Potem jeszcze trzeba było przestawić zegar, który co godzinę brzmiał jak inny ptak. O północy była sowa.  

Monotonny dzwięk farelki sprawił, że spałam tam bardzo dobrze. Rano obudziło mnie rześkie zimno i biały krajobraz za oknem. Na krzewach kopczyki śniegu a na niebie piękne słońce. Rankiem jajecznica z grzybami i krótki spacer. Szkoda było wracać.

Po powrocie do domu zrobiłam biryani z soczewicą, które chyba mi się nie znudzi. Jest rozgrzewające od korzennych przypraw i pożywne. Będzie pewnie na moim stole jeszcze nie raz w nadchodzącym czasie.


Biryani z soczewicą
filet z kurczaka albo indyka
puszka ciecierzycy z zalewy
100g orzechów nerkowca
100g rodzynek
szklanka długoziarnistego ryżu (używam basmati)
2.5 szklanki wrzątku (albo bulionu warzywnego)
2 suszone papryczki chili
laska cynamonu
łyżka kurkumy
łyżka kminu rzymskiego
łyżka mieszanki garam masala
3 łyżki tartego imbiru
2 duże ząbki czosnku
jedna duża cebula
6 łyżek oleju o neutralnym smaku


Przygotowanie biryani zaczynam od uprażenia orzechów nerkowca. Robię to na suchej patelni potrząsając co chwilkę i bardzo uważam by się nie przypaliły. Uprażone orzechy odstawiam na bok.
Na osobnej patelni rozgrzewam olej i dodaję przyprawy: kmin, garam masala, kurkumę , rozkruszoną na duże kawałki korę cynamonowca i papryczkę chili. Na patelnię dorzucam posiekaną drobno cebulę i podsmażam aż się zeszkli. Pod koniec dodaję świeży starty imbir i przeciśnięty przez praskę czosnek. Po chwili dorzucam pokrojone na małe kawałki, posolone mięso. Wtedy przyprawy powinny uwolnić swój aromat i przestać się smażyć. Mięso odrobinę się zetnie i zacznie przysmażać. Wtedy na patelnię wrzucam ryż. Powinien się lekko zeszklić. Zalewam go wówczas gorącym wrzątkiem, dodaję rodzynki, orzechy nerkowca i przykrywam patelnię. Duszę to na małej mocy palnika jak risotto, od czasu do czasu mieszając (właściwą metodą jest próżenie całości w piekarniku, gdzie ciepło rozhodzi się równomiernie a potrawa nie ma szansy się przypalić). Potrawa będzie gotowa gdy tylko ryż się ugotuje, co w przypadku basmati zajmuje nie więcej niż 20 minut. Kiedy ryż całkowicie wchłonie płyn a potrawa nabierze właściwiej konsystencji doprawiam jeszcze solą do smaku i dorzucam odsączoną z zalewy ciecierzycę. Wszystko mieszam, podrzewam jeszcze przez chwilkę i podaję posypane natką pietruszki. 
Smacznego

niedziela, 12 sierpnia 2012

Kurki i risotto


Czasami gdy poznaję nową osobę wystarczy mi jedno spojrzenie, uścisk dłoni albo uśmiech i wiem już, że się polubimy. Bo niektórzy mają dobrą energię, którą uwalniają do otoczenia a ja ją bezbłędnie wyczuwam. No może prawie bezbłędnie. Krótka rozmowa zwykle weryfikuje moje przypuszczenia. Rzadko natomiast bywa tak, że ktoś kogo nie polubiłam od razu okazuje się być ciepłą i przyjacielską osobą.

Ludzi podobno można przyrównać do psów i kotów. Koty to są indywidualiści, chadzają własnymi ścieżkami, bywają zamknięci w sobie i ciut tajemniczy. Z ich spojrzenia nie da się wyczytać co naprawdę myślą ani co lubią. Psy potrzebują kontaktu, są raczej przyjacielskie i wierne ale też bardzo otwarte. Czyta się z nich jak z otwartych książek bo bardzo trudno im ukryć uczucia. Jeśli chodzi o mnie to wybieram psy.

Gdy spotkam właściwą osobę to mogę śpiewać z nią na głos i śmiać się do rozpuku. Szkoda tylko, że czasem wspólne drogi się rozchodzą. Ciągle postanawiam nie szukać kontaktu z ludźmi, którym na mnie nie zależy, ale tylko czasem mi to wychodzi. Bo w gruncie rzeczy myślę, że w ludzi warto wierzyć. I choć złości mnie gdy ktoś wystawia mnie do wiatru to daję mu zawsze jeszcze jedną szansę. Bo sama jestem też podobna do psa. A Ty?

Wczoraj naładowałam baterię dobrą energią od dobrych ludzi. Dziś ulokowałam ją w risotto. To jest takie moje comfort food z kurkami. Dobre na letnie ale chłodne dni. Dziś jest wyłącznie na maśle, z cebulką. Zrobię je pewnie jeszcze nie raz tego lata! 


Risotto z kurkami
(porcja dla 2 osób)

200g ryżu arborio (albo innego ryżu do risotto)
600 ml bulionu warzywnego
1 średnia cebula 
mały ząbek czosnku
5 łyżek masła
20dkg kurek
łyżka śmietany 18% (opcjonalnie)
2-3 suszone grzybki (opcjonalnie)
sól i pieprz do smaku

Grzybki namoczone w kilku łyżkach wody siekamy bardzo drobno i dorzucamy do bulionu a następnie podgrzewamy. Na maśle podsmażamy kurki i odkładamy je na bok. Na patelnię dodajemy cebulę i czekamy do momentu aż zacznie się rumienić, mieszając od czasu do czasu. Do cebuli dodajemy ryż i czosnek przeciśnięty przez praskę.  Kiedy ryż się zeszkli zalewamy go niewielką ilością gorącego bulionu i przykrywamy patelnię. Zmniejszamy moc kuchenki, co jakiś czas mieszamy i dolewamy bulionu, aż ryż wchłonie cały płyn. Powinno to zająć około 20 minut. Na koniec, gdy ryż będzie już miękki smażymy jeszcze chwilkę bez przykrycia. Jeśli chcemy dodajemy łyżkę śmietany, dzięki której risotto zyska bardziej kremową konsystencję i dodatkowe walory smakowe. Solimy do smaku. Na sam koniec dodajemy podsmażone wcześniej kurki, zostawiając kilka do dekoracji. Podajemy posypane świeżo zmielonym pieprzem i natką pietruszki.


Smacznego