Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Święta. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Wigilijna zupa z suszonych śliwek


Zastanawiałam się ostatnio skąd pochodzą poszczególne tradycje świąteczne? Jakiś czas temu wpadł mi w ręce artykuł, w którym bardzo pieczołowicie zobrazowano zimę w Polsce z dawnych lat. I to nie z czasów, w których żywność i towary można transportować na dalekie odległości. Kiedyś wydłużająca się zima oznaczała czasy głodu dla najbiedniejszych, wiele miesięcy nieprzejezdnych dróg i srogie mrozy. 
W listopadzie gromadzono zapasy, które musiały starczać aż do wiosny. Ciasto na pierniki wyrabiano już wtedy, bo później trudno było o niektóre składniki. Dodawano do niego więc korzenne przyprawy aby nie popsuło się do momentu wypiekania. Stąd tradycja leżakującego ciasta na piernik. Mięso i ryby solono albo wędzono. Najbiedniejsi zimą jedli tylko kartofle i kasze, okraszone czasem szpyrką albo smalcem. Nic się nie marnowało. Do dziś znane są receptury na ciastka ze skwarek, a większość starych receptur wymaga dodatku smalcu a nie masła. 
Wigilijny susz to też spadek po dawnych czasach. Zimą trudno było o świeże owoce i warzywa. W świąteczne dni gotowano więc kompot z suszonych gruszek, jabłek czy śliwek. 
W regionie, z  którego pochodzę tradycyjną zupą wigilijną była śliwkowa z suszonych śliwek. W całej Polsce trwają spory: grzybowa, czy barszcz?  Na Kujawach zamiast kompotu z suszu gotuje się słodką zupę z kluseczkami. 
Jako dziecko nie przepadałam za tą zupą. Charakterystyczny wędzony posmak przeszkadzał mi na tyle, że niechętnie ją zjadałam. Przy czym w domu mojej prababci Polki śliwkową gotowano nie tylko na Wigilię. O tej zupie przypomniała mi przed dwoma laty moja kuzynka Paulina, której Mama i Babcia zawsze podają śliwkową na kolację wigilijną. 
Specyficzny smak tej zupy pochodzi z wędzonych węgierek. Dodaje się je oszczędnie ale nie da się ich zastąpić śliwkami kalifornijskimi bo wtedy będzie to już inna potrawa. 
Pozdrawiam więc dziś Ciocię Basię, która w tym roku zapewne przygotuje śliwkową dla całej Rodziny. Sama spróbowałam ugotować zupę jaką robiła moja Prababcia. Można ją podawać z kluseczkami lanymi albo makaronowymi łazankami. Przypomina mi dzieciństwo. Warto ocalić tę tradycję.


Zupa z suszonych śliwek

150g śliwek suszonych
5-7 śliwek wędzonych
cukier do smaku (u mnie 3 łyżki)
100ml śmietanki kremowej
2 łyżki mąki ziemniaczanej
około 1 l wody

Śliwki należy gotować w wodzie do całkowitej miękkości a następnie przetrzeć przez sito. Warto dorzucić tylko kilka śliwek wędzonych aby nie zdominowały smaku. Przed całkowitym rozgotowaniem wyjąć po jednej śliwce na osobę i zostawić do dekoracji zupy na talerzu. Całość trzeba posłodzić tyle ile lubimy, jeśli jednak zupa nie ma być deserem proponuję dodać tylko 3 łyżki cukru tak jak jest w przepisie. Mąkę ziemniaczaną i odrobinę śmietanki rozrabiamy w kubeczku razem z wodą i wlewamy do gorącej zupy ciągle mieszając. Można zrezygnować z mąki jeśli użyjemy więcej śliwek, wtedy bowiem zupa będzie wystarczająco gęsta. Do podania można użyć kluseczek albo makaronowych łazanek. 
Smacznego

czwartek, 7 marca 2013

No to pasztet!


Bardzo lubię pasztet. W moim domu nie było jednak tradycji wypiekania pasztetu ani na święta ani na co dzień. Kiedy więc mogłam próbowałam specjałów przygotowanych przez innych. 
Dawno temu mój obecny już Mąż przytaszczył do akademika cały plecak świątecznych wiktuałów z rodzinnego domu, między innymi znakomity pasztet swojej Mamy. Przypadek chciał, że w tym czasie w tymże akademiku gościł jego znajomy Amerykanin - Charles. Gdy zobaczył wypakowane z plecaka smakowitości zainteresował się od razu. Spośród wszystkich dobroci wskazał na foremkę pasztetu i spytał czy jest to pâté? Szybkie zerknięcie do słownika i tak... jest to pâté domowej roboty! A raczej było... bo Charles też lubi pasztet, dlatego właśnie zjadł cały. 
Nie ma nic lepszego niż kromka wiejskiego chleba z plasterkiem pasztetu i odrobiną musztardy albo jeszcze lepiej chrupiącym ogórkiem kiszonym. 
Postanowiłam już dawno, że upiekę swój własny pasztet. Na przeszkodzie stało wiele rzeczy, między innymi to, że nie mam w domu maszynki do mielenia mięsa. Dlatego moja młodsza Siostra przede mną nauczyła się piec pasztet. Zgodziła się niedawno, że razem ze mną przygotuje kiedyś mój ulubiony smakołyk i "da mi odpisać" swój ulubiony przepis. Wybrałyśmy się więc na zakupy. Zaprzyjaźniona Sprzedawczyni wybrała nam najlepsze sztuki mięsa. Oprócz mięsa kupiłyśmy szpinak, który to dodatek do pasztetu podpatrzłam w jednej z kucharskich książek. No i udał się znakomity, wilgotny i smaczny, nic a nic się nie kruszył. Nadaje się moim zdaniem na wielkanocny stół i do codziennych kanapek. Z zielonym wiosennym akcentem w formie szpinaku. Polecam!


Pasztet

0.5kg wołowiny
0.5kg podgardla wieprzowego (powinno być dość tłuste)
0.5kg wątróbki drobiowej
0.5 kg łopatki wieprzowej

2 średnie cebulki
kilka suszonych grzybków
młody szpinak
pęczek włoszczyzny
5 kulek ziela angielskiego
kilka listków laurowych
sól
pieprz
2 łyżeczki suszonego estragonu 
2 łyżeczki majeranku
łyżeczka imbiru
4 jajka
namoczona bułka kajzerka 
15 plastrów cienko pokrojonego wędzonego boczku


Mięso trzeba umyć i gotować do miękkości razem z włoszczyzną, suszonymi grzybkami, zielem angielskim i liśćmi laurowymi (mięsa nie solimy). Pod koniec gotowania należy dodać majeranek (około 2-3 łyżek). Wołowina gotuje się najdłużej, dlatego musi najdłużej pozostać w garnku. Mięso trzeba wystudzić i odlać około 1.5 szklanki z wywaru, w którym się gotowało. Pozostałego gorącego wywaru używamy do zaparzenia wątróbki. Powinno to trwać kilka minut żeby wątróbka została różowa w środku. Na patelni przesmażamy na złoto pokrojone niedbale cebulki. Włoszczyznę, ugotowane mięso, grzybki, sparzoną wątróbkę, namoczoną bułkę oraz cebulkę należy następnie zmielić przez maszynkę przynajmniej dwukrotnie (jeszcze lepiej będzie jeśli zmielimy trzy razy). 
Do masy dodajemy żółtka, sól i pieprz, estragon oraz imbir. Smakujemy i stopniowo dolewamy wywar pozostały po gotowaniu. Dodatek wywaru sprawi, że pasztet po upieczeniu będzie wilgotny. Białka jaj ubijamy na sztywno, dodajemy do pasztetu i delikatnie mieszamy. 
Szpinak myjemy i blanszujemy w osolonej wodzie przez 3-4 minuty. Osączamy na sicie  po czym odciskamy nadmiar wody. Jeśli liście były bardzo duże to dodatkowo warto je posiekać. Używam szpinaku baby i dlatego nie siekałam liści przed dodaniem.
Foremki na pasztet wyłożyłam cieniutkimi plasterkami wędzonego boczku. Połowę pasztetu upiekłam bez dodatku szpinaku a do drugiej połowy dodałam zblanszowane listki. Piekłam do zezłocenia w piekarniku nagrzanym do temperatury 150 stopni. Pasztet powinien być jasny wewnątrz a na zewnątrz mieć brązową skórkę. 
Smacznego

niedziela, 23 grudnia 2012

Ciasteczka czekoladowe


Dla wielu moich przyjaciół najlepszym prezentem kulinarnym jest czekolada. Choć sama nie do końca jestem wielbicielką mocno czekoladowych przysmaków, to zwykle piekę czekoladowe ciasta i ciasteczka na życzenie moich bliskich. Na Święta chętnie obdarowuję innych ulubionymi łakociami. Mam w tym radość przygotowania, a Ci którzy sami nie mają czasu na pieczenie cieszą sie podwójnie. Dzisiejsze ciastka przygotowałam specjalnie z myślą o wielbicielach deserowej czekolady. Są one bardzo czekoladowe, przygotowane z dużej ilości tego przysmaku a dodatkowo jeszcze z subtelną nutą chili oraz pomarańczowym aromatem. Jutro znajdą się pod choinką między innymi podarunkami. Może i Wy znajdziecie jeszcze czas w gorączce świątecznych przygotowań by upiec takie ciastka?



Ciasteczka czekoladowe

300g czekolady
opakowanie czekoladowych groszków
3 jajka
skórka otarta z połowy pomarańczy
120g cukru
szczypta chili
150g mąki
pół łyżeczki proszku do pieczenia
100g masła
2 łyżki kakao

Czekoladę, masło, kako, szczyptę chili i połowę cukru należy rozpuścić w kąpieli wodnej, tak by powstała gładka masa. Następnie otrzeć skórkę pomarańczową. Do osobnego naczynia przesiewamy mąkę z proszkiem do pieczenia. Białka jajek ubijamy na szcztywno, do nich dodajemy drugą polowę cukru nadal ubijając a gdy się rozpusci wbijamy żółtka.  
Masa powinna być puszysta, taka jak na ciasto biszkoptowe. Następnie wszystkie składniki trzeba deliktnie połączyć, mieszając łyżką. Na koniec wrzucić groszki czekoladowe.  
Masę, która w konsystencji przypomina nieco lody układamy na papierze pergaminowym małą łyżeczką i delikatnie spłaszczamy, tak by powstały okrągłe ciasteczka. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do temperatury 180 stopni przez 8-9 minut, uważając aby nie przypalić. Ciasteczka pozostaną miękkie w środku a na brzegach chrupiące.  
Smacznego


sobota, 22 grudnia 2012

Wigilijne kapuśniaczki


Na wszelkich spotkaniach wigilijnych w pracy czy szkole oraz w innych miejscach najlepiej sprawdzają się wypieki wytrawne. Dlaczego? Otóż wszyscy, przekonani że Boże Narodzenie to przede wszystkim słodkie święta, przynoszą pierniki, serniki i inne słodycze. Wówczas zgromadzeni sięgają tym chętniej po coś wytrawnego. I choć sama jestem wielbicielką słodyczy, polecam dziś kapuśniaczki z nadzieniem wigilijnym, przygotowane na bazie krucho-drożdżowego ciasta. Najwięcej pracy kosztuje zawsze przygotowanie farszu, który trzeba drobno posiekać. Potem już sprawa jest prosta. 
Upieczone kapuśniaczki długo zachowują świeżość, dzięki temu, że ciasto jest krucho-drożdżowe a nie tylko drożdżowe. Można je podawać na ciepło do wigilijnego barszczu albo na zimno. Podpieczone kapuśniaczki można zamrozić i rozgrzać w piekarniku tuż przed podaniem. 


Kapuśniaczki

0.5kg mąki
20g  świeżych drożdży
200g masła
3 żółtka
4 łyżki kwaśnej śmietany
szczypta soli
łyżeczka cukru

nadzienie
0,7kg kapusty kiszonej
2 duże cebule
20 sporych kapeluszy suszonych grzybów leśnych
6 łyżek oleju
jedna mała marchewka
300g pieczarek
czarny pieprz

kminek
jedno jajko


Z mąki i tłuszczu zagniatamy kruszonkę. Do niej dodajemy żółtka, sól i drożdże rozrobione z cukrem i kwaśną śmietaną. Całość wyrabiamy jak półkruche ciasto i odkładamy na około pół godziny w ciepłe miejsce. 
Farsz najlepiej przygotować wcześniej i schłodzić (można go nawet zamrozić). Cebulę siekamy na drobną kostkę i podsmażamy do uzyskania złotego koloru. Dodajemy pieczarki i grzyby leśne, uprzednio namoczone w zimnej wodzie (wody po namoczeniu grzybów nie wylewamy). Grzyby powinny być posiekane bardzo drobno (tak samo jak cebula). Smażymy wszystko, aż pieczarki puszczą wodę, którą trzeba później zredukować. Na koniec dodajemy kapustę kiszoną, odciśniętą z nadmiaru soku i marchewkę potartą na drobnych oczkach. Wszystko razem krótko podsmażamy i dodajemy wodę pozostałą po namoczeniu grzybów leśnych. Farsz trzeba dusić pod przykryciem, aż kapusta zmięknie, doprawić do smaku i przestudzić. 
Ciasto, które po leżakowaniu powinno nieco zwiększyć swoją objętość trzeba jeszcze krótko zagnieść i rozwałkować na grubość około 4mm. Na prostokącie ciasta, na dłuższym boku układamy łyżką farsz. Zawijamy w zgrabny rulon, w miarę możliwości zostawiając tylko jedną podwójną warstwę ciasta. Następnie rulon układamy zakładką do dołu, tak by złącze w czasie pieczenia się nie rozchodziło. Kapuśniaki bowiem odrobinę wyrosną i wtedy mogłyby się otwierać. Z rulonu wycinamy równe romby. Układamy je na blaszce, smarujemy z wierzchu roztrzepanym jajkiem (może być z odrobiną mleka) i posypujemy kminkiem (makiem albo sezamem jeśli kminku nie lubimy). Wypiekamy przez około pół godziny w temperaturze 180 stopni. 
Smacznego

czwartek, 20 grudnia 2012

Mandarynkowe lampiony 2012



Na moim stole leżą mandarynki. Zapalam świeczki, które pachną też cytrusowo. 
Dziś noc mandarynkowych lampionów.
Zjadam środek i wstawiam mały podgrzewacz do mandarynkowej skórki. Kuchnię wypełnia już ciepłe światełko, jedno, drugie, trzecie...
Pochrupuję migdały w karmelu i popijam ciepłą herbatę. 
Cieszę się, że nie muszę już wychodzić na siarczysty mróz. 
Gotuję się na wielkie świętowanie.
Przyłączacie się?
Noc mandarynkowych lampionów poznałam w ubiegłym roku dzięki Delie :) Więcej możecie przeczytać o niej tutaj.


środa, 19 grudnia 2012

Ciasteczka z migdałami i kardamonem


Świąteczne wypieki w moim domu są cały czas w trakcie. Dwa tygodnie temu upiekłam pierniki z przepisu publikowanego tutaj w ubiegłym roku. Teraz czekają w puszce bo nie zdążyłam ich jeszcze udekorować. Tradycyjnie przygotowałam też waniliowe rożki, bez których nie wyobrażam już sobie Świąt Bożego Narodzenia. W planach mam jeszcze dwa inne rodzaje ciastek, nie wiem tylko czy na wszystko starczy mi czasu.
W natłoku świątecznych zadań stawiam na wypieki, które nie wymagają dekorowania. W tym roku po raz pierwszy upiekłam ciastka z kardamonem i migdałami. Są kruche, łatwo i szybko się je formuje. Mają przyjemny ale niezbyt intensywny aromat. Wyglądają ładnie, dzięki kryształkom cukru, w których otoczony jest migdał. Nie mogę się powstrzymać przed ich podjadaniem i pewnie będę musiała upiec jeszcze jedną porcję! Szczerze polecam!


Ciasteczka z migdałami i kardamonem

380g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
pół łyżeczki kardamonu
szczypta soli
50g cukru kryształu
140g cukru pudru
1 całe jajko i 1 żółtko
skórka otarta z połowy cytryny
1 łyżka soku z cytryny
łyżeczka ekstraktu waniliowego
230g masła
40 migdałów

Masło i cukier puder trzeba połączyć aby uzyskać jednolitą masę. Do niej wbijamy żółtka, dodajemy startą skórkę cytrynową oraz sok, ekstrakt waniliowy, sól i kardamon. Mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia i zagniatamy razem z tłuszczem i przyprawami. Kiedy ciasto będzie gładkie formujemy z niego kulki wielkości łyżeczki od herbaty. Układamy na blaszce wyłożonej papierem pergaminowym i lekko spłaszczamy. Białko jajka ubijamy i namaczamy w nim migdały. Każdy zanurzamy w cukrze krysztale i wciskamy w ciasteczko. Pieczemy przez 20 minut w piekarniku nagrzanym do temperatury 180 stopni. 
Smacznego

sobota, 15 grudnia 2012

Konfitura cytrynowa


Ostatnimi czasy coraz częściej słyszę o konfitowaniu. Głównie w kontekście mięs i wracającej do łask gęsiny ale i udek kaczych, które są francuską specjalnością. Konfitowanie jest jednym z najstarszych sposobów przechowywania żywności. Konserwowanie w tłuszczu czy w cukrze było nieocenionym sposobem zabezpieczenia zapasów w czasach, w których brakowało lodówek. 
Słowo konfitura pochodzi z francuskiego a brzmienie swoje zawdzięcza temu jak jest przygotowywana. Smażenie w gęstym cukrowym syropie nie tylko nadaje słodyczy ale uwalnia wszystkie aromaty. 
Dzisiejsza konfitura nie wydaje się wcale bardzo słodka, ponieważ powstała z cytryn. Przepis pochodzi z książeczki pod tytułem Przetwory do spiżarni (z Biblioteczki poradnika  domowego). Trochę go zmodyfikowałam na swoje potrzeby i w takiej wersji tutaj zamieszczam. I choć jesienne smażenie konfitur jest już raczej za mną dla tej jednej zrobiłam wyjątek. Sezon na owoce cytrusowe jest teraz w pełni, dlatego zakup znakomitych cytryn nie powinien być problemem. Przygotowanie tej konfitury jest nieco czasochłonne, ale naprawdę warto. Swoją konfiturą napełniłam słoiki, którymi zamierzam obdarować bliskich i znajomych na Święta. Taki prezent nadaje się do herbaty, do ciast i deserów albo do chleba zamiast dżemu. Dodatkowo nie jest zobowiązujący a miło jest otrzymać coś wykonanego własnoręcznie. Polecam więc, zdążycie jeszcze przed Świętami.


Świąteczna konfitura z cytryn

1,5kg cytryn (najlepsze będą ekologiczne)
szklanka wody
2kg cukru 

Cytryny myjemy szczoteczką a następnie zalewamy zimną wodą i pozostawiamy na jeden dzień. Następnego dnia wodę zmieniamy. Czynność tę powtarzamy jeszcze 2 razy, dzięki temu nasze cytryny na pewno będą pozbawione niepożądanych substancji. 
Następnie połowę owoców nakłuwamy drewnianą wykałaczką i gotujemy w wodzie do miękkości. Z reszty przy pomocy zestera albo tarki ścieramy żółtą skórkę zwaną flavedo. Następnie owoce pozbawiamy białego albedo i kroimy w małe kawałki. Zachowujemy pestki, osłonki i otartą skórkę. Cytryny zawierają dużo naturalnych pektyn, dzięki którym możliwe jest przygotowanie gęstej konfitury z tych soczystych przecież owoców. 
Ugotowane cytryny kroimy w plasterki albo półplasterki, może być jeszcze drobniej. Do garnka z wodą po gotowaniu cytryn dosypujemy cukier (jego ilość można odrobinę zredukować jeśli nie lubimy bardzo słodkich przetworów). Następnie dodajemy ugotowane jak również surowe cytryny i skórki. Pestki możemy zawinąć w gazę i dorzucić do środka (wyłowimy je wtedy łatwo na koniec gotowania). Konfiturę gotujemy na małej mocy palnika dopóki nie nabierze odpowiedniej konsystencji. Warto przerywać proces gotowania i schładzać całość a następnie ponownie podgrzewać, wtedy skracamy czas przygotowania. W ten sposób sprawdzamy też jaką konsystencję będzie miała konfitura po przestudzeniu. Cukier w konfiturze zacznie z czasem karmelizować, co nada jej bursztynowego koloru. Swoją konfiturę gotowałam przez 3 dni, po około 1,5h codziennie, słoiki dodatkowo pasteryzowałam. Jest bardzo aromatyczna i uwielbiam ją w każdej postaci.
Smacznego

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Bułeczki szafranowe


13 grudnia w całej Szwecji obchodzi się najdłuższą noc w roku, zwaną Dniem Świętej Łucji. Ta Święta pochodziła z Sycylii a jej imię oznacza światło (z łacińskiego lux). W dniu Świętej Łucji wybierana jest dziewczynka, która kroczy na czele pochodu z wiankiem borówkowych gałązek i świec na głowie. Ubrana jest w białą tunikę, przepasaną czerwonym sznurem. Maszeruje w towarzystwie gwiezdnych chłopców w szpiczastych czapkach. Wszyscy czekają na ten dzień z radością. 13 grudnia w Szwecji ruszają pełne przygotowania do Wigilii, zapalane są świece adwentowe, a Szwedzi objadają się szafranowymi bułeczkami. Dzieci lubią ich maślany smak a dorośli zjadają je na dodatek do grzanego wina. 
Święta Łucja nie jest aż tak znana poza granicami Szwecji ale bułeczki szafranowe zyskały popularność na całym świecie. Dzisiejszy przepis znalazłam na stronie IKEA :) Podobno w Szwecji według tradycji najstarsza córka budziła rodzinę bułeczkami i kawą. Swoje Lussekatter, bo tak nazywają się te bułeczki, upiekłam więc w niedzielny poranek. Ich zapach roznosi się błyskawicznie po całym domu. Żółciutki kolor zawdzięczają niteczkom szafranu, który wcześniej trzeba namoczyć w mleku. W każdą wtyka się dwie rodzynki albo żurawiny. Są puszyste, błyszczące i bardzo apetyczne. 




Bułeczki maślane z szafranem Lussekatter
przepis IKEA (zmniejszyłam proporcje o połowę)

o.5g szafranu (użyłam trochę mniej)
25g świeżych drożdży
180ml mleka
75g cukru
70g masła
350g mąki
szczypta soli
suszone żurawiny bądź rodzynki (po 2 na bułeczkę)
1 jajko

Z drożdży i 2 łyżek mąki, soli oraz łyżki cukru zrobiłam rozczyn i wstawiłam go na 15 minut do ciepłej (nie gorącej) kąpieli wodnej. Mleko podgrzałam, rozpuściłam w nim masło oraz cukier a następnie dorzuciłam nitki szafranu. Mąkę przesiałam i dodałam do niej rozczyn. Kiedy mleko ładnie zabarwiło się na żółty kolor przestudziłam je i dodałam do mąki i drożdży. Na koniec wbiłam jajko. Łyżeczką odjęłam odrobinkę żółtka, które rozrobiłam z dwiema łyżkami mleka (zostawiłam do posmarowania bułeczek). Ciasto wyrabiałam, do momentu aż przestało kleić się do rąk, w razie potrzeby dodawałam mąki. Nie należy jednak przesadzać, ciasto musi pozostać miękkie. Wyrobione i gładkie ciasto odstawiłam do wyrośnięcia. 
Czekałam aż podwoi swoją objętość, jeszcze raz wyrobiłam i uformowałam ruloniki, które potem zwinęłam na kształt litery S po czym odstawiłam jeszcze na 15 minut, by znów wyrosły. Na koniec posmarowałam bułeczki mieszaniną żółtka z mlekiem i wetknęłam w zagłębienia żurawiny (rodzynki robią się często brązowe w czasie pieczenia). Piekłam 20 minut w temperaturze 180 stopni, aż bułeczki się ładnie zrumieniły. 
Polecam te bułeczki na śniadanie, najlepiej smakują w dniu pieczenia. Podobno szafran sprawia, że szybciej wysychają. Dlatego chętni mogą je zamrozić i później odpiekać tuż przed podaniem, ale tego nie próbowałam. 


piątek, 7 grudnia 2012

Ciasto Spekulatius


Mikołajki są dla mnie pierwszym przedsmakiem Świąt. W ten dzień znajdowałam zawsze w butach słodycze i pomarańcze albo drobne upominki. Ciasteczka Spekulatius smakują już świątecznie, korzennie, tak jak powinno być w Mikołajki. Były dawniej nazywane ciasteczkami Świętego Mikołaja i wiążą się właśnie z 6 grudnia. Spekulatius wciskano kiedyś w tradycyjnych drewnianych foremkach. Bardzo je lubię za słodycz i chrupkość. 

Zawsze chciałam zrobić ciasto, które smakuje trochę jak Spekulatius. No i się udało. To jest połączenie rozgrzewających przypraw, migdałów i skórki otartej z pomarańczy. Jeszcze niedawno aromat skórki drażnił mnie w wypiekach ale od niedawna bardzo go lubię. Skórkę trzeba jednak dodawać ostrożnie, ma ona tylko nadać świątecznego zapachu, który uwolni się jak tylko zaczniecie ją ucierać. Samo ciasto jest bardzo proste  i szybkie w wykonaniu. Wykończyłam je białym lukrem i migdałowymi płatkami by przypominało zimowy krajobraz. Upiekłam dwie foremki, jedną zostawiłam w domu a drugą zabrałam do pracy. Było bardzo smakowite!


Ciasto Spekulatius z pomarańczową skórką

125g ciasteczek spekulatius
skórka otarta z jednej pomarańczy
125g masła
100g cukru
3 jajka
180g mąki
100ml mleka
1 łyżeczka proszku do pieczenia
pół łyżeczki sody
pół łyżeczki cynamonu 
100g mielonych migdałów
szczypta soli 
garść rodzynek (można pominąć)

na lukier
150g cukru pudru
łyżka soku z pomarańczy
garstka płatków migdałowych

Jajka trzeba roztrzepać i dodać do nich cukier. W rondelku rozpuścić masło i lekko przestudzić, dolać mleko. Do masy jajecznej otrzeć skórkę z jednej pomarańczy i dolać masło z mlekiem. 
Ciasteczka Spekulatius należy dokładnie pokruszyć, na przykład przy pomocy wałka kuchennego (można też użyć innych korzennych ciastek). W osobnym naczyniu pomieszać mąkę, mielone migdały, proszek do pieczenia, sodę, sól, cynamon i pokruszone ciasteczka. 
Suche składniki połączyć z mokrymi, jak w przepisach na muffiny. Dodać rodzynki i tak przygotowaną masą wypełnić keksówkę. Piec w piekarniku nagrzanym do temperatury 160 stopni przez 70 minut lub do tak zwanego suchego patyczka. 
Gotowe ciasto udekorować lukrem przygotowanym z cukru pudru i wrzątku z dodatkiem soku pomarańczowego a następnie posypać migdałami. 
Smacznego

wtorek, 4 grudnia 2012

Śledzie prawie świąteczne


Zimno nastało. Na razie to jest miła odmiana. Wyciągam z szafy swetry, czapy, kapelusz, szale i ciepłe rękawiczki. Instynktownie robię się bardziej głodna, jakbym chciała zgromadzić zapasy na długie mroźne miesiące. Mam ochotę na zimowe potrawy, gorącą czekoladę, orzechy, pączki i bigos.  
Już szykuję się na piernikowe wypieki. Czyszczę buty dla Świętego, który dobrze wie co lubię w nich znajdować. Witam grudzień z uśmiechem, bo lubię ten zimowy początek. 
Wieczorem nalewam wrzątku do mojego pasiastego termofora, zaparzam herbatę z cytryną i wskakuję pod kołdrę. Obok leży wielki stos czasopism i książek, których do końca roku na pewno nie zdążę już przeczytać. Mam więc dylematy: czy najpierw kończyć co zaczęłam, czy raczej sięgać po dopiero co kupiony magazyn? Czasu nie starczy na wszystko. 
Pora zaopatrzyć się już w zapasy na nadchodzące "rybne" Święta. 
Dla miłośników suszonych pomidorów i śledzi dzisiejszy przepis jest w sam raz. Takie rybki na pewno zagoszczą na moim stole w czasie zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia. Polecam przygotowanie ich trochę wcześniej, jeśli tylko zdołacie się powstrzymać przed podjadaniem. Można przechowywać je w lodówce kilkanaście dni o ile przykryte są zalewą. 



Śledzie z kaparami i suszonymi pomidorami

10 filetów śledziowych solonych
1 biała cebula 
15 pomidorów suszonych (mogą być w oleju)
oliwa z oliwek (ewentualnie inny olej o neutralnym smaku)
1 słoik kaparów w zalewie (lepiej kupić małe)
pieprz

Filety śledziowe należy wymoczyć w zimnej wodzie przez noc (w lodówce). Następnego dnia śledzie trzeba dokładnie osączyć z wody i pokroić na kawałki wielkości kęsa. Odkrawam przy tym postrzępione i cienkie brzegi płatów, które wyglądają nieapetycznie. Cebulkę bardzo drobno siekamy, pomidory kroimy w paski, kapary osączamy na sitku (zalewę zachowujemy). Na dnie szerokiego słoja układamy ciasno warstwę śledzi, posypujemy cebulką i świeżo zmielonym pieprzem. Na śledzie układamy paseczki z suszonych pomidorów i kapary. Wszystko skrapiamy kilkoma kroplami zalewy z kaparów i oliwy. Jeśli suszone pomidory były z oleju to możemy użyć go do zalania śledzi. Takimi warstwami ryb i dodatków wypełniamy cały słój. Na koniec całość skrapiamy pozostałą zalewą z kaparów i zalewamy olejem albo oliwą. Według mnie dobrze smakuje połączenie oliwy i oleju (wykorzystuję wtedy zalewę z suszonych pomidorów). Śledzie smakują najlepiej gdy postoją w lodówce około tygodnia. Wtedy wszystkie smaki się dokładnie przegryzą a kawałki ryby nabiorą odpowiedniej miękkości. 
Smacznego 



poniedziałek, 12 grudnia 2011

Pierniki


W domu rodzinnym mojej Babci na Święta Bożego Narodzenia piekło się pierniki, dużo pierników. Babcia opowiadała o tym zawsze w adwencie. Prababcia Apolonia dla licznej Rodziny na Święta musiała piec całe kosze. Zostawały potem na pół zimy. Dzieci chowały je w kieszeniach kożuchów żeby nabrały kruchości w srogie mrozy.
Pierniki piecze się też w moim domu. Gdy piekła z nami Babcia robiliśmy to według jej starego przepisu ale co roku inaczej, trochę na oko. Babcia gotowała zaprawę piernikową z miodu, cukru, przypraw korzennych i smalcu! Bo pierniki muszą być tłuste a smalec został w recepturze od czasów, gdy masło trzeba było ubijać godzinami. W małym naczyniu Babcia rozrabiała sól rogową, czyli amoniak z odrobiną zimnego mleka. Błyszczące ciasto nie leżakowało. Od razu robiliśmy próbę czy pierniki dobrze rosną, nie przypalają się i nie rozlewają. Piekła cała rodzina, wszyscy pomagali. Dziadek mył blaszki i pilnował piekarnika. Reszta wycinała i układała. 
Uwielbiałam ten czas, choć nudziłam się już po pierwszej godzinie wspólnej pracy. A pierników piekło się wiele: serca, katarzynki, gwiazdki, z foremek zrobionych własnoręcznie przez Dziadka. Na koniec moja Babcia wyjmowała związane sznurkiem pierścienie i robiliśmy brukowce. Z piernikowego ciasta formowaliśmy i wycinaliśmy krótkie wałeczki. Do pierścieni ułożonych na blaszce wrzucaliśmy ich tyle, by uformowały grube ciastko. Po upieczeniu wyglądały jak wybrukowane. Zwykle po Świętach to brukowce zostawały najdłużej. Po pieczeniu wszystkie pierniki trzeba było polukrować białym lukrem. Moja Mama układała je w werandzie aby skruszały w zimnie. W czasach PRL-u gdy w sklepach nie było nic, po Świętach wyjmowaliśmy kolejno słodkie pierniki i zajadaliśmy ze smakiem do kawy. Dziś w sklepach jest tyle foremek ile dusza zapragnie. Do kupienia są kolorowe posypki, polewy, gotowe mieszanki przypraw i wygodny w użytku papier do pieczenia. 
Dla mnie czas pierników jest czasem magicznym, przypomina mi o tych dawnych ciężkich czasach ale też o bliskich i gwarnej kuchni przed Świętami. Dziś sama piekę pierniki tak jak moja Babcia. Piekę dużo mniej ale pamiętam czego mnie uczyła, że ciasto musi błyszczeć od tłuszczu, że sól rogową trzeba rozrobić w mleku i że wałkować trzeba grubo. 
Nigdy nie zdobię pierników kolorowym lukrem, tylko na biało, dodaję tylko naturalne dodatki, orzechy i rodzynki, czasem trochę czekolady. Te wieszane na choince ozdabiam wyjątkowo błyszczącymi perełkami. Najchętniej jednak zjadam je... bez dodatków, słodkie aromatyczne i kruche.


Pierniki
1 kostka masła
pół kostki smalcu
0.5 kg miodu
0.5 kg cukru
4 jajka
dowolna przyprawa do piernika
4 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka sody oczyszczonej
2 łyżki mielonej kawy
2 łyżki kakao
łyżka cynamonu
łyżka mielonych goździków
łyżka gałki muszkatołowej
łyżka mielonego kardamonu
łyżeczka mielonego pieprzu
2 kg mąki


W garnku trzeba rozpuścić tłuszcze, przy czym proporcje smalcu do masła są rzeczą dowolną. Do tłuszczu dodajemy cukier i miód oraz wszystkie korzenne przyprawy. Gotujemy wszystko do połączenia się składników i uwolnienia aromatów po czym lekko studzimy. Mąkę (na początek 1.5 kg) z proszkiem do pieczenia przesiewamy do dużego naczynia i dodajemy do niej jeszcze ciepławą masę piernikową. Na koniec dodajemy jajka, uważając aby masa nie była za ciepła. Wszystko zagniatamy. W małym kubeczku rozrabiamy sodę oczyszczoną w odrobinie mleka (2 łyżki) i dolewamy do ciasta. Całość wyrabiamy na gładką masę, nie powinna kleić się do rąk ani ciągnąć, wałkowana powinna lekko błyszczeć i dać się łatwo odrywać. W razie potrzeby dosypujemy mąki aż do uzyskania właściwej konsystencji. Ciasto wałkujemy podsypując stolnicę niewielką ilością mąki i wycinamy pierniki. Pieczemy na papierze około 10-12 minut, w piekarniku nagrzanym do temperatury 160 stopni. Ciastka powinny wyrastać tylko troszeczkę, mieć kolor jasnobrązowy i gładką powierzchnię. Z podanej porcji otrzymamy sporo pierników, ciasto można  jednak przechować nawet kilka dni w lodówce i piec po trochu, albo zmniejszyć proporcje o połowę. 
Smacznego.