Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szybkie przekąski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szybkie przekąski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 maja 2013

Frytki i noc muzeów


Warszawska noc muzeów to jest świetna akcja. Bo niektóre nudnawe przybytki, których nigdy nie odwiedziłabym z pierwszego wyboru otwierają swoje drzwi dla ignorantów takich jak ja. Jest okazja zrobić coś, czego normalnie nie robimy. Ten jeden raz w roku wystawiane są "na ogląd" całkiem ciekawe eksponaty, na dodatek ujęte w tajemniczej oprawie. Wszystko to sprawia, że  atmosfera tej nocy jest gorąca.

Wybrałam się i ja na nocne zwiedzanie miasta. Dawno temu podczas podobnej imprezy udało mi się wygrać na loterii pewien funkcjonalny taboret, którego nigdy nie kupiłabym z własnej woli (głownie z uwagi na cenę!). Moi bliscy żartują, że mam jeszcze nadzieję powtórzyć ten łut szczęścia i dlatego nie przepuszczę żadnej okazji. W tym roku niestety nic nie wygrałam. 

Swoją noc muzeów zaczęliśmy od najlepszych frytek w stolicy. Chociaż nie przepadam za frytkami i nie jadam ich często to dla tych z Okienka robię dyspensę od diet. Bo w Okienku frytki są z prawdziwych ziemniaków a nie z mąki ziemniaczanej i opieka się je podwójnie. Zawsze mają chrupiącą skórkę i wyśmienite sosy na dokładkę. Palce lizać. Kiedy w Warszawie odwiedza mnie moja Siostra, wizyta w Okienku staje się obowiązkowym punktem programu. Poszliśmy i tym razem na duże frytki z sosem serowo-kaparowym. Przycupnęliśmy na skrzynce i było pysznie jak zwykle!


Z Polnej udaliśmy się na Plac Defilad, odbyć przejażdżkę zabytkowym Ikarusem albo Jelczem. Tylko w Noc Muzeów po ulicach Warszawy kursują tak zwane ogórki. Ogórki w ekskluzywnej wersji kabrio albo wojskowej, błyszczące, czerwone i takie z przeszklonym sufitem. Przetrwały próbę czasu i wyróżniały się na tle współczesnego krajobrazu. Jak przez mgłę pamiętam jeszcze autobusy z wyspą, na której leżały bloczki z biletami a kierowca robił w nich dziurki, żeby skasować. Tym razem dostaliśmy tylko pamiątkowe bilety niewymagające kasowania. 

Po niezapomnianej przejażdżce postanowiliśmy wybrać się do warszawskich filtrów, dostępnych tylko w tę wyjątkową noc ale dłuuuuga kolejka skutecznie nas zniechęciła. Odwiedziliśmy zatem Muzeum Ziemi PAN aby obejrzeć wielki 9-cio kilogramowy bursztyn z Borneo. W międzyczasie na zewnątrz zaczęło się ściemniać. Muzeum, które mieści się w pięknie położonym pałacyku przy Alei Na Skarpie przywitało nas szpalerem pochodni. Najbardziej interesująca była wystawa bursztynu, osobliwe inkluzje i imponująca biżuteria. 

Z parku przy Alei blisko już na Wiejską. Nie mogliśmy darować sobie odwiedzin w Sejmie RP. Wprawdzie kolejka była prawie tak długa jak przy Filtrach ale posuwała się wyjątkowo szybko. Widzieliśmy budynki Sejmu i Senatu, włączając kuluary sejmowe i gabinet Marszałka. 

Na koniec został nam Stadion Narodowy, tej nocy otwarty dla wszystkich zwiedzających. Na Stadionie gromadziły się tłumy. Wiele osób stało w kolejce aby zobaczyć szatnie i wystawy. My odpoczęliśmy tylko w wygodnych krzesełkach, w loży honorowej. Pewnie więcej taka gratka się nie trafi. 
Niebo nad Warszawą przybrało już wtedy ciemnogranatowy kolor ale noc była jeszcze całkiem ciepła, jak to w maju. Grupy ludzi przechadzały się po Moście Poniatowskiego. Przed nami śmigali rowerzyści. Nad Wisłą paliły się ogniska, migotały lampiony, miasto tętniło życiem. Następnym razem będzie tak dopiero za rok.

wtorek, 14 maja 2013

Tarty z rabarbarem


Ilekroć zastanawiam się co mogłabym robić, gdybym nie zajmowała się tym co teraz przychodzi mi do głowy 1000 pomysłów. Współczuję tym, którzy nie wiedzą co sprawiłoby im frajdę i codziennie praktykują nudne dla nich profesje. Myślę, że sama byłabym w tej sytuacji bardzo nieszczęśliwa. Wcale nie znaczy to, że sama łatwo decyduję, przeciwnie   mam z tym wielki problem. Nie rozumiem kompromisów i jestem zachłanna. Chciałabym mieć wszystko i z niczego nie rezygnować. Życie przypomina jednak naukę gry na instrumencie. Ten kto ma talent obroni się zawsze. Sukces jednak jest sumą talentu wytrwałości i zamiłowania. Dlatego nie można robić wszystkiego na raz. Trzeba decydować! 

Tak samo jest w kuchni albo w cukierni pełnej smakowitych tortów. Choćbym chciała nie mogę zjeść wszystkiego. Pora rabarbaru. Najchętniej piekłabym non stop drożdżowe z rabarbarem i kruszonką. Tylko nie zawsze chcę czekać na to aż wyrośnie. Kupiłam dziś dwie małe czerwone łodygi, bo nabrałam ochoty na coś słodkiego. Dziś decyzja przyszła mi wyjątkowo łatwo. W puszce miałam upieczone wcześniej muszelki do małych tart więc postanowiłam je zużyć. Minimum pracy, maksimum satysfakcji. Do przygotowania słodkich muszelek możecie wykorzystać ciasto na tę tartę z bananami albo  na te babeczkiTarty można podawać z bitą śmietaną ale jeśli wystrzegacie się zbędnych kalorii to voilà, możecie zjeść je po prostu bez dodatków.


Małe tarty z rabarbarem
na nadzienie do 16 babeczek

2 czerwone łodygi rabarbaru
3 łyżki brązowego cukru
6 łyżek soku z pomarańczy
łyżeczka cukru z prawdziwą wanilią
skórka otarta z cytryny (opcjonalnie)


Łodygę rabarbaru ze skórką pociąć na skośne plasterki. Na patelni rozgrzać brązowy cukier oraz cukier z wanilią, kiedy zacznie karmelizować dodać sok pomarańczowy. Gdy karmel rozpuści się w soku na patelnię wrzucić plasterki rabarbaru i skórkę otartą z cytryny. Dusić rabarbar w karmelu przez 3-4 minuty a następnie wyjąć na talerz. Karmel z sokiem pomarańczowym i rabarbarowym trzeba zredukować do momentu, w którym zacznie gęstnieć. Wtedy nałożyć do każdej kruchej muszelki po łyżeczce karmelu i wypełnić plasterkami rabarbaru. Ewentualnie polać wierzch tart pozostałym karmelem. Podawać od razu, po całkowitym wystygnięciu. 
Smacznego 



piątek, 12 kwietnia 2013

Bread sticks czyli grissini


Nie mam nawyku pogryzania przed telewizorem bo od wielu lat nie mam telewizora. Czasem jednak i ja sięgam po coś do chrupania. Unikam kupnych chipsów i chrupek, nieczęsto jem nawet orzeszki. Ostatnio chętnie sięgam po grissini. 
Do zrobienia grissini będą potrzebne drożdże. Mogą być suszone ale jeśli zależy mi na czasie zawsze kupuję świeże. Lubię ich zapach i lubię zapach drożdżowego ciasta. Do przygotowania grissini potrzeba jedynie okruszynki świeżych drożdży. 
Potrzeba też dobrej oliwy. Większość kupowanej przez nas w sklepach extra vergin pochodzi z Włoch albo Hiszpanii. Od ubiegłorocznego pobytu w Grecji wybieram jednak oliwę grecką, najlepiej taką o niskiej kwasowości. Stanowi niewielki procent rynku, ale moim zdaniem dzięki temu zachowuje wysoką jakość, tak samo jak greckie oliwki. 
Chlebowe patyczki można podawać w towarzystwie dipów, sosów jogurtowych, serów, sałaty albo oliwek. Możecie zawinąć je w plastry dojrzewającej szynki albo chrupać bez dodatków.  Będą jak znalazł na weekendowe spotkanie przy winie.
Podaję klasyczny przepis na grissini z solą, ale nic nie stoi na przeszkodzie by posypać je ulubionymi ziołami albo suszonym i sproszkowanym czosnkiem. Wszystkie kombinacje są dozwolone. 



Grissini

20g świeżych drożdży
200 ml (około) ciepłej wody
łyżeczka cukru
350g mąki pszennej
łyżeczka soli
50ml oliwy extra vergin
sól morska z młynka (do posypania)

Z drożdży, małej ilości mąki, soli, odrobiny ciepłej wody oraz cukru trzeba zrobić zaczyn. Powinien mieć jednorodną konsystencję kwaśnej śmietany. Zaczyn trzeba odstawić na około pół godziny w ciepłe miejsce, albo umieścić naczynie z zaczynem w kąpieli z ciepłą wodą. Kiedy zaczyn podwoi swoją objętość a na jego powierzchni pojawią się pęcherzyki powietrza można przystąpić do wyrabiania ciasta. 
Mąkę wymieszać z połową oliwy, zaczynem i stopniowo dolewać wodę. Ciasto na grissini powinno być dość  zwarte i raczej gęste, dlatego wodę dolewamy powoli. Kiedy ciasto nie będzie się kleić do rąk wyrabiamy je rękami aż do momentu gdy stanie się jednolite. Następnie odstawiamy do wyrośnięcia. 
Wyrośnięte ciasto należy odgazować i wałkować na grubość 4mm (wtedy grissini będą cieniutkie po wyrośnięciu). Na rozwałkowany placek ciasta nalewamy oliwy i rozcieramy dłońmi, tak by równo ją rozsmarować. Placek z oliwą pozostawiamy na 2-3 minuty (musi stać się plastyczny) a następnie tniemy go na cienkie paseczki radełkiem do pizzy albo nożem. Paski posypujemy solą morską z młynka i od razu pieczemy na blasze posypanej mąką, przez około 20 min, w temperaturze 200 stopni. Nie należy układać grissini zbyt gęsto żeby pozostały chrupiące po upieczeniu. Stopień wypieczenia zależy od upodobań, ja wolę gdy grissini nie są zbyt ciemne. Można podawać z dipami, oliwkami, dojrzewającą szynką i winem.
Smacznego

czwartek, 28 marca 2013

Cytrynowe babeczki z makiem


Zupełnie nie jestem jeszcze gotowa na Wielkanoc. W drodze powrotnej z pracy zaskakuje mnie, że jeszcze jest jasno a w sklepach ustawiają się kolejki po konserwowy groszek i majonez.  Znak to, że nie tylko wiosna ale i Święta są blisko.
W moim różowym kalendarzu zapisuję milion rzeczy do zrobienia, na wczoraj i pilnie. Codziennie odznaczam po kilka. 
Płaszcze w szafie wciąż czekają na wiosenne dni, odniosłam jeden do pralni i nie mam czasu odebrać. Apaszki kuszą mnie kolorami. Ubieram żółtą bluzkę w groszki dla odmiany po zimowych ciemnych kolorach.
Byle do piątku, wtedy wszystko zejdzie na drugi plan. I ja kupię gałązki bukszpanu, zrobię lukrową kurkę albo zające. W sobotę zapakuję wszystko do kosza, wsiądę do auta i dla mnie też będą Święta, chwila oddechu i cieplejsze (mam nadzieję!) dni. Byle do piątku...

Te babeczki "chodziły za mną" od dłuższego czasu. Zawsze ustępowały miejsca innym, skomplikowanym wypiekom. Wczoraj chciałam przygotować coś szybkiego, prostego na zwyczajowe "jajeczko" w pracy i pomyślałam, że wreszcie pora na babeczki cytrynowe z makiem. Gotowe w pół godziny, składniki każdy z Was ma w domu. Mają cytrynowo-maślany smak, dodatek maku jest ciekawym akcentem. Najważniejsze, żeby wykończyć je bardzo cytrynowym lukrem, który ożywi całość i sprawi, że nie poprzestaniecie na jednej.


Cytrynowe babeczki z makiem

150g mąki pszennej
3 jajka
70g cukru
100g masła
łyżeczka proszku do pieczenia
pół łyżeczki sody 
łyżeczka ekstraktu waniliowego
75 ml mleka
3 łyżki maku
jedna cytryna
200g cukru pudru


Cytrynę trzeba wyszorować pod wodą i zesterem otrzeć skórkę a następnie wycisnąć sok. 
Masło rozpuścić i przestudzić. Cukier ubić z jajkami, dodać ekstrakt waniliowy, otartą skórkę oraz połowę soku z cytryny i połączyć z przestudzonym masłem. W osobnym naczyniu połączyć mąkę z proszkiem do pieczenia i sodą. Wymieszać suche składniki z mokrymi a na koniec wsypać mak. Ciasto powinno być dość rzadkie. Napełnić nim foremki do muffinek, do wysokości trzech czwartych i piec w piekarniku nagrzanym do temperatury 180 stopni tylko przez 20 minut (babeczki nie wyrosną zbyt mocno, nie należy ich też zbytnio rumienić). Po przestudzeniu lukrować babeczki cytrynowym lukrem przygotowanym z soku cytryny i cukru pudru. Dekorować skórką cytrynową. 
Smacznego

środa, 30 stycznia 2013

Zwiebelkuchen


Zwiebelkuchen są popularne w Niemczech, Szwajcarii, Austrii i niektórych regionach Francji. Ile miejsc tyle rodzajów. Królują na stołach kiedy zbiera się cebulę z pól i kiedy przychodzi czas na próbowanie młodego wina. Pierwszy raz spróbowałam ich w Bazylei.  Na wielkiej desce leżał cieniutki placek z brzegami prawie czarnymi od węgla. Mój pierwszy zwiebelkuchen pieczony był bowiem w starym piecu opalanym drewnem i smakował genialnie. 
Potem spróbowałam jeszcze wielu innych, zwanych czasem podpłomykami (Flammkuchen). Po niewielkie Zwiebelkuchen pieczone w polowym piecu podczas sobotnich targów, zawsze ustawiała się kolejka. W restauracjach serwuje się częściej placki cienkie jak pergamin. Udają wtedy rustykalną pizzę. Zwiebelkuchen domowej roboty pieczone są często na dużych blachach i krojone na małe kawałki. Na zimno stanowią zgrany duet z lekkim, młodym winem. 
Dzisiejsze Zwiebelkuchen zrobiłam na poczekaniu, bo to mało skomplikowany wypiek. Wystarczy minimum produktów. Cebulę i mąkę w domu ma chyba każdy. Uformowałam je w małe placki, jak podpłomyki, które można jeść rękoma. Pomysł na szybką i prostą kolację w stylu slow, bo wbrew pozorom te trzy rzeczy się nie wykluczają. 


Zwiebelkuchen 
8 sztuk

4 duże cebule
100g wędzonego boczku
6 łyżek oleju roślinnego
200g twarożku homogenizowanego naturalnego
1 jajko
sól i pieprz 
łyżeczka kminku (opcjonalnie jeśli lubimy)
łyżeczka majeranku
300g mąki 
około 200ml ciepłej wody
20g drożdży 
łyżeczka cukru


Drożdże rozkruszyłam i wymieszałam z 3 łyżkami mąki i 3 łyżkami lekko ciepłej wody. Odstawiłam w ciepłe miejsce do momentu aż drożdże zaczęły pracować. Wtedy dodałam resztę mąki, łyżkę oleju (po jego dodaniu ciasto jest elastyczne) i stopniowo dolewałam wodę, jednocześnie zagniatając. Gdy ciasto miało już jednolitą strukturę i łatwo odchodziło od ręki uformowałam z niego kulę i odstawiłam do wyrośnięcia. 
W tym samym czasie posiekałam cebulę w grubszą kostkę a boczek na małe kawałki. Na patelnię wlałam olej i podsmażyłam na nim najpierw boczek a potem cebulkę. Gdy cebulka była już lekko rumiana zdjęłam całość z palnika i przyprawiłam solą i pieprzem. W osobnym naczyniu wymieszałam homogenizowany twarożek z całym jajkiem. Dodałam przyprawy: kminek, majeranek oraz sól i pieprz. Do masy jajecznej wrzuciłam  cebulę z boczkiem (przestudzoną , żeby masa się nie ścięła). 
Gdy ciasto podwoiło swoją objętość zagniotłam je i podzieliłam na 8 części. Z każdej przy pomocy wałka i dłoni uformowałam niewielkie krążki. Na środek każdego wyłożyłam cebulowy farsz (według mnie im więcej tym lepiej). 
Piekłam w piekarniku nagrzanym do temperatury 200 stopni przez około 25 minut. Zwiebelkuchen powinny być chrupiące z brzegu a farsz powinien być ścięty. Można podawać je na ciepło ale smakują wyśmienicie także na zimno. 
Smacznego

wtorek, 29 stycznia 2013

Banana pancake


Gdy w Malezji przychodzi ochota na małą przekąskę na pewno znajdzie się jakaś uliczna budka, która nie da zginąć z głodu. Na każdym rogu sprzedaje się lokalne przekąski. Nie chodzi tu bowiem o regularne posiłki, które też można zjeść na ulicy. O tym napiszę innym razem.
Malajowie lubią owoce, lubią też maleńkie szaszłyki satay nadziewane na bambusowe patyczki. Największym powodzeniem cieszą się chyba smażone w cieście naleśnikowym banany, nasiona owoców jackfruit albo boczniaki. Wiedziona ciekawością spróbowałam każdego z tych przysmaków. Wszystkie są dość tłuste i smakuję najepiej gdy są jeszcze ciepłe. 
Najbardziej ze wszystkich ulicznych nowości smakowały mi jednak bananowe naleśniki. Nie mam tu jednak na myśli zwykłych naleśników nadziewanych pociętym w plasterki bananem. Ciasto na te placuszki powstaje z gniecionych bananów, smażone jest na czymś w rodzaju patelni i liściach bananowca. Wewnątrz zapieczone są delikatne wiórki kokosowe. Naleśnik jest ciepły i sycący a do tego kosztuje tyle co nic. 


Zwykle gdy robię zdjęcia ludzi podczas wakacji pytam ich wcześniej o zgodę. Czasem kręcą głową a niekiedy godzą się niechętnie tylko na jedno zdjęcie. Tym razem nie było problemu. Trafiłam na najbardziej uśmiechniętego sprzedawcę banana pancake w całej Malezji. Może dlatego właśnie jego naleśniki smakowały mi tak bardzo, że zjadłam 3 za jednym razem.  

środa, 23 stycznia 2013

Oponki dobre na wszystko


Leżę sobie w łóżku, to już ostatni dzień chorowania. Mam nadzieję wrócić do pracy po zbyt długiej już przerwie. Zastanawiam się czy zdołam nadrobić zaległości i będę jeszcze w ogóle umiała pracować? 
Cały dzień odbieram telefony z dobrymi radami. Najwyraźniej przebija się głos mojej Mamy. Konkretnie ton nieznoszący sprzeciwu "ugotuj sobie rosół". No więc gotuję. Dobrze że rosół nie wymaga wielkiego zaangażowania. 
Wychodzić na zewnątrz mi jeszcze nie wolno. Zależę w 100% od T. i jego zakupów, zjadłabym powiedzmy pączka albo tłustego faworka. Szperam w domu i szukam czegoś słodkiego, tylko że musi być specjalne. Czekolada nie wchodzi w grę, resztka ciastek niechętnie, cukierki też nie... Biorę więc do rąk Słodkie od Liski z White Plate. Przewracam kilka kartek książki i już wiem! Mam biały ser, mam jajko (ostatnie, co nieczęsto się u mnie zdarza! Będą oponki! 
Zaznaczam sobie zakładką i w 15 minut mam gotowe ciasto. Wrzucam oponki na rozgrzany olej po czym przypatruję się jak puchną, wypływają i złoto się rumienią. Przewracam patyczkiem, osączam i posypuję cukrem. 
Potem jeszcze robię sobie zakazaną kawę, kilka oponek na talerzyk i już jestem troszkę zdrowsza. Wskakuję pod kołdrę ugrzać stopy na nowo po tym całym smażeniu. 
Powinny być na receptę... te oponki serowe, bo inaczej można się łatwo uzależnić i skończyć z oponkami w talii!


Oponki serowe
przepis podaję za "White plate Słodkie" autorstwa Elizy Mórawskiej

200g białego sera
paczka cukru waniliowego (użyłam wanilinowego)
1 łyżeczka sody
1 jajko
1.3 szklanki mąki 
olej do smażenia (użyłam rzepakowego kujawskiego)
cukier puder do posypania

Biały ser przetarłam przez sito. Dodałam do niego cukier wanilinowy i sodę oraz jedno jajko. Wszystko wymieszałam łyżką. Stopniowo dosypywałam mąkę i zagniatałam ciasto. Przypominało ono konsystencją ciasto na pierogi leniwe. Wałkowałam na stolnicy podsypanej mąką na grubość około 3 mm i wykrawałam szklanką kółka. Przy pomocy kieliszka robiłam w nich dziurki, by uformować krążki jak oponki. Wrzucałam na gorący olej i czekałam aż wypłyną i zaczną się rumienić (olej rozgrzewałam powoli, jak do smażenia pączków). Oponki obsmażałam z obu stron na złoto, osączałam z nadmiaru tłuszczu na ręczniku papierowym i posypałam obficie cukrem pudrem.
Smacznego

wtorek, 4 grudnia 2012

Śledzie prawie świąteczne


Zimno nastało. Na razie to jest miła odmiana. Wyciągam z szafy swetry, czapy, kapelusz, szale i ciepłe rękawiczki. Instynktownie robię się bardziej głodna, jakbym chciała zgromadzić zapasy na długie mroźne miesiące. Mam ochotę na zimowe potrawy, gorącą czekoladę, orzechy, pączki i bigos.  
Już szykuję się na piernikowe wypieki. Czyszczę buty dla Świętego, który dobrze wie co lubię w nich znajdować. Witam grudzień z uśmiechem, bo lubię ten zimowy początek. 
Wieczorem nalewam wrzątku do mojego pasiastego termofora, zaparzam herbatę z cytryną i wskakuję pod kołdrę. Obok leży wielki stos czasopism i książek, których do końca roku na pewno nie zdążę już przeczytać. Mam więc dylematy: czy najpierw kończyć co zaczęłam, czy raczej sięgać po dopiero co kupiony magazyn? Czasu nie starczy na wszystko. 
Pora zaopatrzyć się już w zapasy na nadchodzące "rybne" Święta. 
Dla miłośników suszonych pomidorów i śledzi dzisiejszy przepis jest w sam raz. Takie rybki na pewno zagoszczą na moim stole w czasie zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia. Polecam przygotowanie ich trochę wcześniej, jeśli tylko zdołacie się powstrzymać przed podjadaniem. Można przechowywać je w lodówce kilkanaście dni o ile przykryte są zalewą. 



Śledzie z kaparami i suszonymi pomidorami

10 filetów śledziowych solonych
1 biała cebula 
15 pomidorów suszonych (mogą być w oleju)
oliwa z oliwek (ewentualnie inny olej o neutralnym smaku)
1 słoik kaparów w zalewie (lepiej kupić małe)
pieprz

Filety śledziowe należy wymoczyć w zimnej wodzie przez noc (w lodówce). Następnego dnia śledzie trzeba dokładnie osączyć z wody i pokroić na kawałki wielkości kęsa. Odkrawam przy tym postrzępione i cienkie brzegi płatów, które wyglądają nieapetycznie. Cebulkę bardzo drobno siekamy, pomidory kroimy w paski, kapary osączamy na sitku (zalewę zachowujemy). Na dnie szerokiego słoja układamy ciasno warstwę śledzi, posypujemy cebulką i świeżo zmielonym pieprzem. Na śledzie układamy paseczki z suszonych pomidorów i kapary. Wszystko skrapiamy kilkoma kroplami zalewy z kaparów i oliwy. Jeśli suszone pomidory były z oleju to możemy użyć go do zalania śledzi. Takimi warstwami ryb i dodatków wypełniamy cały słój. Na koniec całość skrapiamy pozostałą zalewą z kaparów i zalewamy olejem albo oliwą. Według mnie dobrze smakuje połączenie oliwy i oleju (wykorzystuję wtedy zalewę z suszonych pomidorów). Śledzie smakują najlepiej gdy postoją w lodówce około tygodnia. Wtedy wszystkie smaki się dokładnie przegryzą a kawałki ryby nabiorą odpowiedniej miękkości. 
Smacznego 



poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Placuszki z cukinii


Dawno temu zostałam poczęstowana placuszkami z cukinii. Smakowały mi wtedy bardzo ale jakoś nie miałam okazji smażyć ich u siebie. W ubiegłym tygodniu Olga spytała mnie czy chcę cukinię, bo dostała super-ekologiczne warzywa z działki swoich teściów. Następnego dnia przydźwigała mi wielką niczym dynia żółto-zieloną cukinię, zawiniętą w rękaw do pieczenia bo nie miała innej tak dużej foli. Podobno tę żółtą odmianę łatwiej jest zetrzeć na tarce. Od razu zachciało mi się smażyć placuszki na obiad. O dziwo placuszki cukiniowe smakują mi wyłącznie z dodatkiem sosu jogurtowego a nie z cukrem, jak wszystkie inne placki.
Są doskonale, z wierzchu chrupiące a w środku miękkie. Gdyby zetrzeć cukinię na drobnych oczkach mogłyby udawać placki ziemniaczane w wersji bardzo chrupiącej. Wszystko zależy od tego jakie lubicie! 



Placuszki z cukinii

2 szklanki tartej cukinii bez skórki
1 jajko
niepełna szklanka mąki
połowa małej cebulki
szczypta soli
olej roślinny do smażenia (użyłam kujawskiego)

na sos:
mały jogurt naturalny (albo kwaśna śmietana 12%)
3 ogórki gruntowe
garść siekanego koperku
mały ząbek czosnku
4-5 rzodkiewek

Startą na grubej tarce cukinię odstawiłam, do momentu aż puściła sok a następnie wycisnęłam starannie z jego nadmiaru. Na drobnych oczkach starłam cebulę i dodałam do cukinii razem z jajkiem, mąką i szczyptą soli. Wszystko razem wymieszałam i odstawiłam na chwilę. Ciasto na początku wydaje się dość gęste ale cukinia pod wpływem soli oddaje jeszcze wodę. Dlatego przed smażeniem ciasto powinno mieć konsystencję gęstej śmietany. Placuszki smażyłam na złoto z obu stron, w rozgrzanym oleju. Ważne, by nie był zbyt gorący bo wtedy placuszki będą się szybko przypalać. 
Sos przygotowałam mieszając przeciśnięty przez praskę czosnek z jogurtem naturalnym i koperkiem oraz solą i pieprzem. Dodałam też potarte na tarce, posolone i odciśnięte z nadmiaru wody ogórki. Do dekoracji użyłam potartej rzodkiewki oraz koperku.
Smacznego




czwartek, 12 lipca 2012

Hummus i pomidory


Lubię robić przetwory na zimę, ale dwie skrzynki czereśni, agrest, porzeczka czerwona i czarna na raz to dużo. W sezonie owocowym mam czasem pełne ręce roboty. Wyparzam słoiczki, smażę dżemy, szypułkuję i dryluję na zmianę... 
W natłoku tych zajęć niewiele czasu zostaje na przygotowanie kolacji. 
Wtedy robię hummus, ulubiony dodatek w kuchni bliskowschodniej i arabskiej. Do mojej wersji zamiast pasty tahini dodaję samodzielnie prażony sezam. Hummus podaję z pomidorami, takie połączenie wyjątkowo mi smakuje. Na najlepsze pomidory jeszcze musimy poczekać. Jednak te kupowane ostatnio są dużo słodsze i bardziej wyraziste w smaku niż pomidory zimowe. Zjadam je zawsze z odrobiną soli. Za nic biorę narzekania, że sól zabija prawdziwy smak pomidorów. Dla mnie jedynie go podkreśla albo wydobywa. 
Do hummusu podaję chlebek typu pita i ulubiony ciemny pumpernikiel. Możecie jednak spróbować innch połączeń: z białą bagietką, z rukolą i ciemnym chlebem. Najlepiej znajdźcie swoje ulubione. 



Hummus

1 puszka ciecierzycy w zalewie 
1 ząbek czosnku
3 łyżki sezamu
2 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżkę soku z cytryny
sól i pieprz do smaku
Na początku prażę sezam na suchej patelni, do momentu, w którym wszystkie ziarenka staną się lekko brązowe. Ciecierzycę dokładnie odsączam z zalewy na sitku. Można oczywiście użyć cieciorki ugotowanej samodzielnie ale ja wybrałam szybszą opcję. Do blendera wrzucam wszystkie składniki i miksuję na gładki krem. Jeśli krem jest zbyt gęsty dodaję dodatkowo odrobinę oliwy a czasem nawet łyżkę naturalnego jogurtu. Doprawiam solą oraz pieprzem i gotowe!
Smacznego

niedziela, 3 czerwca 2012

Marchewka z estragonem


W sezonie młodych warzyw czekam na świeżą botwinkę, zieloniutki koperek, małe żółte ziemniaczki i nową włoszczyznę. Wszystko to sprawia, że latem nigdy nie znudzi mi się gotowanie. Mogłabym stawać się sezonową wegetarianką, tylko wtedy gdy dostępne są świeże warzywa. 
Pamiętam dobrze jak w dzieciństwie lubiłam sobotnie poranki, gdy jeszcze w piżamie wychodziłam do ogródka po szczypiorek do jajecznicy albo świeże rzodkiewki. W naszym ogródku jest niewielki kranik, pod którym można było oczyścić wszystko z ziemi przed przyniesieniem do domu albo nabrać wody do konewki. Latem kranik sprawiał wszystkim dzieciom wiele frajdy. Ostatnio myłam pod kranikiem rzodkiewki z naszą małą Sąsiadką, która nie lubi ich cierpkiego smaku. Poczekajmy jeszcze trochę aż wyrosną młode marchewki...
W dzieciństwie ciągle sprawdzałam czy są już dość duże. Gdy tylko podrosły wyrywałam te najdorodniejsze choć jeszcze nawet niezbyt pomarańczowe, myłam pod kranikiem i chrupałam na podwórku bez obierania, koniecznie trzymając za natkę. Były soczyste i miały słodki smak.


Młode, słodkie marchewki smakują TAK chyba dlatego, że są dostępne tylko o tej porze roku. Kupiłam dwa pęczki na pobliskim targu. Postanowiłam przygotować je w nieskomplikowany ale i niebanalny sposób. Do tej pory marchewki z estragonem smakowały każdemu. Niestety nie udało mi się kupić świeżego estragonu, muszę dodać go do mojego doniczkowego zielnika. Kwaśny smak soku z cytryny podkreśla słodycz marchewki a dodatek oliwy, czosnku i estragonu sprawił, że udała się wyśmienicie. Spróbujcie koniecznie. 

Marchewka z estragonem

2 pęczki młodej marchewki
mały ząbek czosnku
4 łyżki oliwy z oliwek
3 łyżeczki suszonego estragonu (lepiej użyć świeżego jeśli uda Wam się kupić)
sok z całej cytryny
pół łyżeczki brązowego cukru
sól morska
czarny pieprz z młynka

Marchewki trzeba obrać ze skórki, najlepiej wyszorować je ostrą szczotką, bo skórka jest jeszcze cieniutka. Jeśli użyjecie marchewek z własnego ogródka to możecie zostawić nieobrane. Kupione lepiej obierzcie. Marchewki poprzekrawałam na pół i blanszowałam przez 5-7 minut (zależnie od wielkości) we wrzącej lekko osolonej wodzie. Ważne, by marchewki nie były ugotowane i pozostały chrupiące. W osobnym naczyniu przygotowałam zalewę. Sok z cytryny połączyłam z cukrem, czosnkiem przeciśniętym przez praskę, pieprzem, estragonem i odrobiną soli morskiej. Na koniec dodałam dobrej jakości oliwę z oliwek i wszystko wymieszałam do uzyskania jednolitej konsystencji. Przestudzone marchewki zalałam sosem i wstawiłam do lodówki na noc. Podawałam jako zimny dodatek do obiadu. Świetnie pasuje na przykład do pieczonego kurczaka. 
Smacznego  


A Wy lubicie młodą marchewkę?

sobota, 5 maja 2012

Risotto ze szparagami i parmezanem


Szparagi lubię od niedawna. 
Mam Znajomą, u której w domu na Dzień Matki zawsze podaje się białe szparagi z szynką i sosem holenderskim. Cała Rodzina wyczekuję tego dania i cieszy się wspólnym świętowaniem. Gdy pierwszy raz opowiedziała mi o tym byłam dość zdziwiona, bo dla mnie szparagi były dotąd warzywem mało wyrazistym. Mieszkałam wtedy w szparagowym zagłębiu słynącym z jakości szparagów. Co sobotę wybierałam się na targ przy dużym placu katedralnym, na którym w sezonie piętrzyły się białe szparagi ułożone w zgrabne stosy. Klienci wybierali, co do jednego, sprawdzali czy dolne części łodyg nie są zdrewniałe i czy szparagi są świeże. Sama omijałam wtedy stragany ze szparagami i kupowałam truskawki. Bo sezon na szparagi prawie pokrywa się z sezonem na truskawki. Trwa jednak krótko i pewnie dlatego szparag jest tak ulubionym warzywem. W restauracjach podaje się zupę krem ze szparagów na przystawkę, a na danie główne wspomnianą już kość słoniową z delikatnym sosem. Jak tutaj nie ulec i nie spróbować. Uległam więc kiedyś namowom znajomych i spróbowałam. Moje pierwsze białe szparagi nie smakowały mi wcale. Ale na szczęście smaki zmieniają się z czasem i teraz tak jak inni wypatruję pierwszych szparagów na wiosennych targach. Chrupkie białe albo zielone pędy smakują mi  jednakowo dobrze. Dziś proponuję lekkie risotto z parmezanem i szparagami zielonymi. Podałam je z kroplą szlachetnej oliwy truflowej, która tylko podkreśla ich unikatowy smak.  


Risotto ze szparagami
(porcja dla 2 osób)


pęczek młodych zielonych szparagów
200g ryżu arborio albo inny ryż o krótkim ziarnie
100g parmezanu 
średnia cebula
mały ząbek czosnku
7 łyżek oliwy z pierwszego tłoczenia
bulion warzywny albo woda (użyłam bulionu) objętościowo 3 razy tyle ile ryżu, około 600ml 
sól i kolorowy pieprz z młynka
oliwa truflowa (opcjonalnie)


Na patelni podgrzałam oliwę i zezłociłam na niej cebulkę pokrojoną w bardzo drobną kostkę. Do cebuli dodałam czosnek przeciśnięty przez praskę i podsmażałam tylko do momentu, w którym oddał swój aromat. Na patelnię dorzuciłam wtedy ryż i zeszkliłam go krótko po czym zalałam filiżanką gorącego bulionu i przykryłam. Ryż podgrzewałam na patelni tak długo aż wchłonął bulion i uzupełniałam kolejnymi jego porcjami aż ryż stał się miękki ale nie rozpadał się. Do risotto nadają się odmiany ryżu o krótkim ziarnie, są uprawiane przeważnie w chłodniejszym klimacie i zawierają dużą ilość skrobi. Risotto jest dzięki skrobi i pektynom kleiste, choć ryż wcale nie musi być rozgotowany. Na sam koniec do risotto dodałam utarty na drobnych oczkach parmezan. Można użyć innego twardego sera dobrej jakości, pod warunkiem, że jest on aromatyczny. Ser sprawi, że risotto będzie kremowe i delikatne ale też pożywne. Na sam koniec risotto posoliłam i dodałam pieprz oraz szparagi, które wcześniej blanszowałam 5 minut w osolonej wodzie główkami do góry (zwinięte w pęczek). Szparagi pokroiłam w kawałki około 2 cm a główki zostawiłam dłuższe i dodałam po wymieszaniu, na sam koniec. Risotto podawałam z parmezanem pokrojonym w płatki i odrobiną oliwy truflowej, przybrane natką z pietruszki. 
Smacznego 


poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Krakersy z cheddarem do piwa



W dżdżyste dni nie chce mi się wstawać z łóżka. Bębnienie deszczu w szyby okien działa usypiająco a szary odcień nieba nie obiecuje słonecznego dnia. Wtedy często śpię tak długo jak się da. O ile w dzień powszedni nie ma wymówki, bo wstawać trzeba, o tyle w weekend chciałoby się cały dzień snuć po domu w piżamie. Tylko, że jeszcze nigdy nie zdarzył mi się taki dzień...bo jednak zawsze decyduję się zaryzykować i wstać z łóżka. I zawsze warto! Dla przyjemności spaceru z parasolem, w kaloszach, gdy powietrze pachnie deszczem. Warto dla niespodziewanych spotkań z uśmiechniętymi ludźmi, jak z deszczowej piosenki, dla wzruszającego i zabawnego filmu w kinie. Warto dla wielu innych rzeczy.
Nie piję piwa, bo nie lubię. Nie oglądam telewizji bo nie mam telewizora. Od słonych przekąsek wolę słodycze... ale mieszkam z wielbicielem orzeszków, paluszków, precelków, oraz piwa... Dlatego w deszczowe dni piekę serowe krakersy. Te ciasteczka można zrobić na bazie dobrego ostrego cheddara albo innego twardego i dojrzałego sera. Idealny będzie litewski dziugas, który jest jednym z moich ulubionych. Można je powycinać na kształt małych talarków albo w tradycyjne prostokąty. Przechowuję je w słoju na wypadek nagłej zachcianki. 



Krakersy z cheddarem
120g ostrego sera cheddar
150g mąki pszennej (typ 500)
100g masła
pół łyżeczki sody
1 jajko
szczypta soli
szczypta pieprzu


Mąkę trzeba wymieszać z sodą, solą i pieprzem. Do mąki dodajemy zimne masło i siekamy tak jak na ciasto kruche. Do kruszonki wbijamy jajko a następnie dokładamy ser drobno starty na tarce. Całość zagniatamy. Ciasto powinno być miękkie ale nie kleić się do rąk, jeśli się klei trzeba dosypać odrobinę mąki i odstawić w zimne miejsce na około pół godziny. Schłodzone ciasto należy wałkować na grubość około 3 mm i wycinać ulubione kształty. Każde ciasteczko ponakłuwać widelcem. Krakersy trzeba piec tylko 10 minut w temperaturze 200 stopni, do momentu zrumienienia. Ostudzone ciasteczka przechowujemy w suchym naczyniu, w chłodnym miejscu.  
Smacznego.



Ps. Te krakersy można piec nie tylko w deszczowe dni!