Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bułeczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bułeczki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 lipca 2014

Drożdżówki z porzeczkami


Lato w pełni, temperatury zachęcają do odpoczynku. Ci którzy zaplanowali urlopy cieszą się z ładnej pogody a ja im zazdroszczę. Czerwiec minął mi jakoś niespodziewanie, nawet nie wiem kiedy. Jakoś za mało korzystałam ze świeżego powietrza, za mało spacerowałam, za mało odpoczywałam. Obiecałam sobie, że lipiec będzie inny. Na wakacje muszę poczekać aż do sierpnia. Boję się, że nie wytrzymam aż tak długo, spakuję kilka rzeczy i wybiorę się na sielski weekend na wsi w najmniej spodziewanym momencie. Brakuje mi wiejskiej atmosfery, malin rwanych z krzaczków i zjadanych natychmiast. Brakuje mi kogla-mogla ze świeżutkich jajek prosto z kurnika oraz słodkich letnich papierówek. Pomagają mi wyobrażenia i wizualizowanie tego wszystkiego w moich myślach oraz jedzenie, które dla siebie przygotowuję. 

Ostatnio piekę tylko bułeczki. Były już jagodzianki a teraz przyszedł czas na drożdżówki z porzeczkami. Uwielbiam wypieki z porzeczkami, bo nie są zbyt słodkie, przełamane lekko kwaskowym smakiem owoców. Wykorzystałam przepis na ciasto na jagodzianki (z ostatniego wpisu), tylko odrobinę zmniejszyłam ilość mąki (do 550g) żeby ciasto było mięciutkie i delikatne po upieczeniu. Dajcie się namówić i upieczcie takie u siebie!

Zrobiłam też porzeczkowy, niskosłodzony dżem i będę go używała do wypieków zimą, kiedy o porzeczkach nikt już nie będzie pamiętał. W tym roku pomieszałam ze sobą porzeczki czarne i czerwone, dla odmiany. Czerwone porzeczki przetarłam przez sito ale zostawiłam drobne pestki porzeczki czarnej. Dżęm wyszedł idealnie, prędko zgęstniał i nadaje się do drożdżowego jak żaden inny. Na pewno przygotuję jeszcze mój ulubiony dżem z czarnej porzeczki z dodatkiem brandy, najlepszy z naleśnikami. Mam jeszcze ochotę zrobić porzeczkówkę na zimowe przeziębienia. A Wy lubicie porzeczki?



środa, 25 czerwca 2014

Jagodzianki


W weekend jest pora wypoczynku. W weekend jest czas by jechać do lasu a w lesie można nazbierać jagód. Na straganach dopiero co się pojawiają, za to w lesie na nasłonecznionych stanowiskach jest ich już te całe mnóstwo.

Zbieraliśmy we dwójkę prawie godzinę. Na nogach zostały bąble od ugryzień komarów, ręce całe w jagodowych plamach i tylko małe pudełko ciemnych kuleczek. Kto nigdy nie był na jagodach ten nie wie ile pracy kosztuje taki zbiór. Liczy się też wyprawa do lasu, świeże powietrze i zieleń. Bo nie pojechaliśmy przecież wcale na jagody ale jakoś tak weselej ze świadomością co zrobię z miseczką pełną owoców.

Po powrocie do domu aż żal, bo pomysłów mnóstwo. Co najlepsze? Może ciasto, może crumble, może tak zjeść od razu z cukrem i ubrudzić nimi język? Każdy woli coś innego. W końcu zawarliśmy kompromis pod hasłem JAGODZIANKI! Bo uwielbiamy je oboje.
Muszą mieć w środku prawdziwe jagody a nie jagodowy kisiel z mrożonki. Ciasto ma być puszyste ale nie przesadnie lekkie. Bułeczka to bułeczka. Dla mnie najlepsze są jagodzianki z lukrem ale w drodze ustępstw robię z kruszonką. 

Wyszły pyszne, miękkie i niezbyt słodkie, spróbujcie sami!




Jagodzianki

600g mąki (plus 2 łyżki na zaczyn)
40g świeżych drożdży
2 całe jajka
2 żółtka
100ml ciepłego mleka
100g masła
100g cukru (plus łyżka na zaczyn)
łyżeczka ekstraktu waniliowego

nadzienie
około 1.5 szklanki jagód (po dużej łyżce na bułeczkę)
3 łyżki cukru
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej albo bułki tartej

kruszonka
30g masła
mąka i cukier 


Drożdże rozmieszać z łyżką cukru, 3 łyżkami mleka i  2 łyżkami mąki. Powstanie dość gęsty zaczyn, który należy odstawić do momentu aż przynajmniej podwoi swoją objętość. Na powierzchni pojawią się wtedy pęcherzyki, co oznacza że drożdże zaczęły pracować. 
Białka jajek odzielamy od żółtek i ubijamy na sztywną pianę, dodajemy do niej połowę cukru i ubijamy aż się rozpuści. Pianę łączymy z żółtkami, dosypujemy mąkę i dodajemy pracujący zaczyn. Drugą połowę cukru rozpuszczamy w ciepłym mleku i wlewamy do naczynia razem z ekstraktem waniliowym. Zaczynamy wyrabiać ciasto. Zawsze robię to ręcznie ale można użyć mocnego robota kuchennego, jeśli takim dysponujecie. Masło rozpuszczamy i jeszcze ciepłe stopniowo wlewamy w trakcie. Zwykle wyrabianie zajmuje około 15 minut. Czasem dosypuję odrobinę mąki aby ciasto nie kleiło się do rąk i do miski. Kiedy już łatwo odchodzi od ścianek naczynia a jego konsystencja jest jednolita można omączonymi dłońmi zrobić z niego kulę i odstawić do wyrośnięcia na minimum godzinę. Jeśli ciasto przed wyrastaniem jest miękkie nie należy się tym przejmować, w czasie wyrastania jego struktura się zmieni. Pozostanie miękkie ale sprężyste i łatwe do formowania. W międzyczasie należy przygotować kruszonkę. W małym naczynku rozpuścić masło i powoli dosypywać do niego na zmianę po łyżce mąki i łyżce cukru do momentu aż utworzy okruchy (u mnie było to po dodaniu 4 łyżek mąki i 4 łyżek cukru). 
Po upływie godziny ciasto na bułeczki powinno podwoić swoją objętość. Należy je wtedy jeszcze raz krótko zagnieść i podzielić na 12 równych części. U mnie każda ważyła po mniej więcej 100g. Z kawałków ciasta trzeba formować placuszki, na środek każdego położyć łyżkę jagód z cukrem (ewentualnie wymieszanych z mąką ziemniaczaną lub bułką tartą, która wchłonie nadmiar soku) i dokładnie zakleić, formując rodzaj wrzecionka. Sklejoną część do dołu ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia a następnie ponownie odstawić na 30 minut do wyrośnięcia. 
Wyrośnięte bułeczki smarować żółtkiem rozmieszanym z łyżką mleka i posypywać kruszonką. Piec 20 minut w temperaturze 180 stopni albo po prostu do zrumienienia. 
Studzić na kratce i podawać najlepiej tego samego dnia, choć bułeczki zachowują świeżość także dnia następnego. 
Smacznego

sobota, 15 lutego 2014

Mleczne bułeczki z czekoladą


Na leniwe weekendowe śniadanie zamawiam zawsze jajko na miękko z odrobiną morskiej soli i łyżeczką majonezu. Do tego kawałek ciężkiego razowca z masłem i może ogórek. 
Ale potem najchętniej jeszcze mały rogalik albo idealnie... mleczna bułeczka z kawałkami czekolady.
W tygodniu kiedy chcę zrobić sobie przyjemność wstaję pół godziny wcześniej, robię sobie czarną kawę i zjadam... taką bułeczkę. 
Kiedyś lubiłam wyłącznie kawę z mlekiem. 
Z wiekiem gust się zmienia i tak ja z czasem polubiłam kawę czarną. 
Kiedy bułeczka jest świeża (z nocnego wypieku) miękki miąższ skubię powoli bez dodatków. Od czasu do czasu napotykam tylko na słodki czekoladowy groszek. Innym razem przekrawam ją na pół i dodaję łyżeczkę czereśniowego dżemu. 
Do tego kilka stron dobrej lektury i zaczynam miło dzień.
Polecam każdemu...

Tym krótkim wpisem dołączam się do czekoladowego tygodnia, do którego link znajdziecie obok. Bo  czy jest ktoś, kto nie lubi czekolady?


Bułeczki z czekoladowymi groszkami

450g mąki
1 jajko
2 łyżki masła
200ml ciepłego mleka
płaska łyżeczka soli
2 łyżki cukru
8g świeżych drożdży
100g czekoladowych groszków

do posmarowania bułeczek 1 żółtko i łyżka mleka

W ciepłym (nie gorącym!) mleku rozpuszczamy cukier i sól oraz wkruszamy drożdże. Dokładnie mieszamy. Zaczyn odstawiamy do momentu aż na powierzchni pojawią się pęcherzyki. Następnie dodajemy jajko, rozpuszczone, przestudzone masło i odrobinę mąki. Na początku mieszamy wszystko trzepaczką balonową. Po dodaniu całej mąki zagniatamy ciasto, które powinno być gładkie i elastyczne ale nie powinno się kleić do rąk. W razie potrzeby można dodać jeszcze odrobinę mąki. Ciasto formujemy w kulę i odstawiamy na około godzinę do wyrośnięcia (najlepiej w ciepłe miejsce). 
Wyrośnięte ciasto jeszcze raz zagniatamy i dosypujemy czekoladowe groszki. Formujemy osiem małych bułeczek i układamy na blaszce do ponownego wyrośnięcia (około pół godziny). 
Kiedy bułeczki podwoją swoją objętość smarujemy je żółtkiem rozrobionym z łyżką mleka i pieczemy w piekarniku nagrzanym do temperatury 200 stopni przez około 20 minut (aż się zarumienią). Studzimy na kratce. 
Smacznego


piątek, 14 czerwca 2013

Słodki rogalik ka'ak



W Bejrucie wciąż były osiedla, gdzie staruszkowie co rano rozwozili na rowerach rogale z sezamem nazywane ka'ak, wołając: "Kaaa-iiiK!". Kobiety wychodziły na balkony, opuszczały pieniądze w koszykach, po czym wciągały je z powrotem pełne ka'aków. Handlarze pchali ulicami swoje wózki z warzywami i owocami. Ludzie karmili na chodnikach bezdomne koty. Sprzedawcy losów na loterię chodzili w tę i z powrotem, wykrzykując: "To twój dzień! To twój dzień!"


Fragment pochodzi z książki "Dzień miodu"


Czytam ostatnio Dzień Miodu, książkę której autorka z miłością mówi o jedzeniu. Tłem historycznym dla snutej przez nią opowieści jest wojna. Dla zwykłych ludzi jedynym stałym elementem wojennej rzeczywistości są zwyczaje kulinarne. Dają one złudzenie normalności i poczucie bezpieczeństwa. Autorka książki sprawiła, że niemal czułam w ustach smak opisywanych potraw. Spróbujcie sami.
Kiedy przeczytałam fragment o porankach w Bejrucie przed oczami stanęła mi ulica i sprzedawca rogali, ukwiecone balkony pełne ziół i kosze ka'aków. Ka'aki to wypieki różnego rodzaju. Mogą mieć rozmaite kształty i smaki. Jeżeli zrobione są ze słodkiego ciasta posypuje się je sezamem. Jeśli jednak ciasto jest słone do wypieków dodaje się za'atar, tradycyjną bliskowschodnią mieszankę przypraw. Kształt rogala nie przypomina w tym wypadku dobrze nam znanego półksiężyca a raczej okrąg powstały przez sklejenie dwóch cienkich końców rulonika z ciasta. Ka'aki z sezamem wyglądają prawie jak bajgle. 
Musiałam je upiec w wersji słodkiej (na słone jeszcze przyjdzie czas), tak by pasowały na śniadanie ze świeżym masłem, dżemem truskawkowym i kubkiem kawy. Smakują trochę jak bułeczki maślane, mają gęsty ale delikatny miąższ, najlepsze w dniu wypieku! 



Słodkie ka'aki z sezamem
10 sztuk 

550g mąki pszennej (można użyć pół na pół z razową)
270ml mleka (albo 4 łyżki mleka w proszku i woda)
100g cukru
50g masła 
50 ml oliwy (najlepsza z pierwszego tłoczenia ale niekoniecznie) 
1 jajko i 1 żółtko
pół łyżeczki soli
25g świeżych drożdży
sezam do posypania

Z odrobiny mąki, łyżki cukru, drożdży i kilku łyżek ciepłego mleka należy zrobić zaczyn a następnie odstawić go w ciepłe miejsce żeby zaczął pracować (około pół godziny). 
W tym czasie przesiać mąkę i dodać do niej sól. W podgrzanym mleku rozpuścić cukier oraz masło. W mące zrobić dołek, wlać cały zaczyn i dodać jajko. Mieszać łyżką stopniowo dolewając oliwę oraz przestudzone mleko z cukrem i masłem. Następnie ciasto wyrabiać dłonią aż jego konsystencja będzie jednorodna a masa będzie odchodzić od dłoni (w razie potrzeby dodać odrobinę mąki) po czym odstawić do wyrośnięcia, powinno podwoić swoją objętość (30-45min). Ciasto musi być plastyczne i raczej miękkie. 
Wyrośnięte ciasto ponownie zagnieść, podzielić na 10 równych części i uformować z nich długie rulony. Każdy rulonik powinien być cieńszy na końcach, które trzeba ze sobą skleić, tak by powstały jednakowe krążki. Układać ka'aki na blaszce wyłożonej papierem i czekać do ponownego wyrośnięcia. Smarować mlekiem roztrzepanym z żółtkiem i posypywać sezamem. Piec 20-25 min w temperaturze 180 stopni. Studzić na kratce. 
Smacznego

Cytat pochodzi z książki:

Dzień miodu 
Annia Ciezadlo 
Świat Książki 
Warszawa 2012

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Bułeczki szafranowe


13 grudnia w całej Szwecji obchodzi się najdłuższą noc w roku, zwaną Dniem Świętej Łucji. Ta Święta pochodziła z Sycylii a jej imię oznacza światło (z łacińskiego lux). W dniu Świętej Łucji wybierana jest dziewczynka, która kroczy na czele pochodu z wiankiem borówkowych gałązek i świec na głowie. Ubrana jest w białą tunikę, przepasaną czerwonym sznurem. Maszeruje w towarzystwie gwiezdnych chłopców w szpiczastych czapkach. Wszyscy czekają na ten dzień z radością. 13 grudnia w Szwecji ruszają pełne przygotowania do Wigilii, zapalane są świece adwentowe, a Szwedzi objadają się szafranowymi bułeczkami. Dzieci lubią ich maślany smak a dorośli zjadają je na dodatek do grzanego wina. 
Święta Łucja nie jest aż tak znana poza granicami Szwecji ale bułeczki szafranowe zyskały popularność na całym świecie. Dzisiejszy przepis znalazłam na stronie IKEA :) Podobno w Szwecji według tradycji najstarsza córka budziła rodzinę bułeczkami i kawą. Swoje Lussekatter, bo tak nazywają się te bułeczki, upiekłam więc w niedzielny poranek. Ich zapach roznosi się błyskawicznie po całym domu. Żółciutki kolor zawdzięczają niteczkom szafranu, który wcześniej trzeba namoczyć w mleku. W każdą wtyka się dwie rodzynki albo żurawiny. Są puszyste, błyszczące i bardzo apetyczne. 




Bułeczki maślane z szafranem Lussekatter
przepis IKEA (zmniejszyłam proporcje o połowę)

o.5g szafranu (użyłam trochę mniej)
25g świeżych drożdży
180ml mleka
75g cukru
70g masła
350g mąki
szczypta soli
suszone żurawiny bądź rodzynki (po 2 na bułeczkę)
1 jajko

Z drożdży i 2 łyżek mąki, soli oraz łyżki cukru zrobiłam rozczyn i wstawiłam go na 15 minut do ciepłej (nie gorącej) kąpieli wodnej. Mleko podgrzałam, rozpuściłam w nim masło oraz cukier a następnie dorzuciłam nitki szafranu. Mąkę przesiałam i dodałam do niej rozczyn. Kiedy mleko ładnie zabarwiło się na żółty kolor przestudziłam je i dodałam do mąki i drożdży. Na koniec wbiłam jajko. Łyżeczką odjęłam odrobinkę żółtka, które rozrobiłam z dwiema łyżkami mleka (zostawiłam do posmarowania bułeczek). Ciasto wyrabiałam, do momentu aż przestało kleić się do rąk, w razie potrzeby dodawałam mąki. Nie należy jednak przesadzać, ciasto musi pozostać miękkie. Wyrobione i gładkie ciasto odstawiłam do wyrośnięcia. 
Czekałam aż podwoi swoją objętość, jeszcze raz wyrobiłam i uformowałam ruloniki, które potem zwinęłam na kształt litery S po czym odstawiłam jeszcze na 15 minut, by znów wyrosły. Na koniec posmarowałam bułeczki mieszaniną żółtka z mlekiem i wetknęłam w zagłębienia żurawiny (rodzynki robią się często brązowe w czasie pieczenia). Piekłam 20 minut w temperaturze 180 stopni, aż bułeczki się ładnie zrumieniły. 
Polecam te bułeczki na śniadanie, najlepiej smakują w dniu pieczenia. Podobno szafran sprawia, że szybciej wysychają. Dlatego chętni mogą je zamrozić i później odpiekać tuż przed podaniem, ale tego nie próbowałam.