Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zupy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Wigilijna zupa z suszonych śliwek


Zastanawiałam się ostatnio skąd pochodzą poszczególne tradycje świąteczne? Jakiś czas temu wpadł mi w ręce artykuł, w którym bardzo pieczołowicie zobrazowano zimę w Polsce z dawnych lat. I to nie z czasów, w których żywność i towary można transportować na dalekie odległości. Kiedyś wydłużająca się zima oznaczała czasy głodu dla najbiedniejszych, wiele miesięcy nieprzejezdnych dróg i srogie mrozy. 
W listopadzie gromadzono zapasy, które musiały starczać aż do wiosny. Ciasto na pierniki wyrabiano już wtedy, bo później trudno było o niektóre składniki. Dodawano do niego więc korzenne przyprawy aby nie popsuło się do momentu wypiekania. Stąd tradycja leżakującego ciasta na piernik. Mięso i ryby solono albo wędzono. Najbiedniejsi zimą jedli tylko kartofle i kasze, okraszone czasem szpyrką albo smalcem. Nic się nie marnowało. Do dziś znane są receptury na ciastka ze skwarek, a większość starych receptur wymaga dodatku smalcu a nie masła. 
Wigilijny susz to też spadek po dawnych czasach. Zimą trudno było o świeże owoce i warzywa. W świąteczne dni gotowano więc kompot z suszonych gruszek, jabłek czy śliwek. 
W regionie, z  którego pochodzę tradycyjną zupą wigilijną była śliwkowa z suszonych śliwek. W całej Polsce trwają spory: grzybowa, czy barszcz?  Na Kujawach zamiast kompotu z suszu gotuje się słodką zupę z kluseczkami. 
Jako dziecko nie przepadałam za tą zupą. Charakterystyczny wędzony posmak przeszkadzał mi na tyle, że niechętnie ją zjadałam. Przy czym w domu mojej prababci Polki śliwkową gotowano nie tylko na Wigilię. O tej zupie przypomniała mi przed dwoma laty moja kuzynka Paulina, której Mama i Babcia zawsze podają śliwkową na kolację wigilijną. 
Specyficzny smak tej zupy pochodzi z wędzonych węgierek. Dodaje się je oszczędnie ale nie da się ich zastąpić śliwkami kalifornijskimi bo wtedy będzie to już inna potrawa. 
Pozdrawiam więc dziś Ciocię Basię, która w tym roku zapewne przygotuje śliwkową dla całej Rodziny. Sama spróbowałam ugotować zupę jaką robiła moja Prababcia. Można ją podawać z kluseczkami lanymi albo makaronowymi łazankami. Przypomina mi dzieciństwo. Warto ocalić tę tradycję.


Zupa z suszonych śliwek

150g śliwek suszonych
5-7 śliwek wędzonych
cukier do smaku (u mnie 3 łyżki)
100ml śmietanki kremowej
2 łyżki mąki ziemniaczanej
około 1 l wody

Śliwki należy gotować w wodzie do całkowitej miękkości a następnie przetrzeć przez sito. Warto dorzucić tylko kilka śliwek wędzonych aby nie zdominowały smaku. Przed całkowitym rozgotowaniem wyjąć po jednej śliwce na osobę i zostawić do dekoracji zupy na talerzu. Całość trzeba posłodzić tyle ile lubimy, jeśli jednak zupa nie ma być deserem proponuję dodać tylko 3 łyżki cukru tak jak jest w przepisie. Mąkę ziemniaczaną i odrobinę śmietanki rozrabiamy w kubeczku razem z wodą i wlewamy do gorącej zupy ciągle mieszając. Można zrezygnować z mąki jeśli użyjemy więcej śliwek, wtedy bowiem zupa będzie wystarczająco gęsta. Do podania można użyć kluseczek albo makaronowych łazanek. 
Smacznego

wtorek, 3 września 2013

Całkiem nowa zupa dyniowa


Jadłam kiedyś zupę dyniową gotowaną na sposób egzotyczny, podaną z mięsem kraba. Mój Mąż po spróbowaniu powiedział, że wstydziłby się na miejscu kucharza, gdyby ugotował coś takiego i nie zjadł ani łyżki więcej. Zupa była bowiem bardzo przekombinowana. Podano ją w iście królewski sposób ale z całej eleganckiej przystawki jadalna była tylko bułeczka podana na talerzyku obok. Powiedziałam sobie wtedy, żadnych udziwnień, prosty smak obroni się sam. Dobra dynia, dobre zioła i bulion, jak mówi moja Ciocia dobre z dobrym nie może wyjść niedobrze.
W ubiegłym roku opublikowałam tutaj przepis na zupę dyniową. Nie chciałabym się powtarzać ale odkryłam dużo lepszą kombinację smaków, którą polubiłam od pierwszej łyżki choć wydawała się bardzo egzotyczna.
Zastanawiałam się długo czy już czas na dynie. Wolałabym jeszcze przez chwilkę zaklinać lato, żeby zostało z nami jak najdłużej. No ale kiedy dziś wracałam z pracy w deszczu, nie myślałam o niczym innym, tylko o talerzu rozgrzewającej zupy.
Ta nowa dyniowa powstała w około pół godziny. Użyłam do niej mleka kokosowego i imbiru, ale  smaki te nie zdominowały zupy. Na wierzch dodałam kroplę oleju z Góry Świętego Wawrzyńca. Jest to tłoczony na zimno olej rzepakowy, który zachował specyficzną cierpkość i roślinny smak. Pochodzi z okolic rezerwatu przyrody Góra Świętego Wawrzyńca i jemu zawdzięcza swoją nazwę. Walory oleju rzepakowego są już chyba wszystkim znane. Używajcie go więc zamiast oliwy. Jest to produkt z mojego regionu i dlatego polecam go gorąco. 


Zupa dyniowa z mlekiem kokosowym i imbirem

500ml wody
0.5kg obranej dyni (na przykład hokkaido albo orange sweety)
200ml mleka kokosowego
2-3 łyżki oleju rzepakowego
1 duży dojrzały pomidor
1 mała pietruszka
1 mała marchewka
1 łodyga selera naciowego albo kawałek korzenia zwykłego selera
1 cebula
ząbek czosnku
sól, pieprz, szczypta mielonego imbiru

do podania grzanki z żytniego chleba na zakwasie
świeży tymianek
olej z Góry Św. Warwrzyńca

Zupę uda się przygotować bardzo szybko jeśli wcześniej mamy przygotowane puree z dyni. Jeśli jednak nie, to też nic nie szkodzi. Najpierw do garnka z wrzącą wodą wrzucamy warzywa: marchewkę, seler, pietruszkę oraz dynię i gotujemy do miękkości. Na patelni rozgrzewamy olej, podsmażamy drobno posiekaną cebulę, kiedy się zeszkli wrzucamy czosnek przeciśnięty przez praskę i podsmażamy jeszcze chwilkę. Pomidora obieramy ze skórki, siekamy i wrzucamy na patelnię razem z pestkami. Wszystko przesmażamy dokładnie i wlewamy do garnka z wywarem. Gotujemy około 10 minut a następnie przy pomocy blendera miksujemy na gładki krem. Doprawiamy solą, pieprzem oraz imbirem, dolewamy mleko kokosowe. Zupę podajemy z grzankami, polaną kroplą oleju rzepakowego tłoczonego na zimno i posypaną świeżym tymiankiem. 
Smacznego 

wtorek, 25 czerwca 2013

Zielona fasolka


Były wianki na rzece, były imieniny Kochanowskiego i sobótka. Na krzakach czerwienią się już świętojanki, czyli czerwone porzeczki. Pierwszy dzień lata już za nami. 
Bardzo lubię długie letnie wieczory, lubię ciepłe noce i lubię też letnie burze. Kiedy wkoło pachnie skoszona trawa, krzewy jaśminu i kwitnące akacje, wtedy wciągam głęboko powietrze przesycone zapachami. Rozkładam koc na trawie i wyleguję się z wakacyjną książką. Na targu kupuję znowu truskawki i pierwsze czereśnie. Powoli wypatruję słodkiego groszku, bobu i fasolki.

O tym dlaczego cała moja Rodzina przepada za fasolką szparagową pisałam już tutaj raz (kilk). Właśnie zaczynamy sezon na to warzywo co dla mnie oznacza, że na stole pojawi się jedna z ulubionych letnich zup. W moim domu nazywa się ją po prostu sieczką.
To zupa z dużą ilością zielonej fasolki szparagowej, marchewki i koperku. Czekam na nią co roku z utęsknieniem, bo smakuje najlepiej w gorące letnie dni. 


Sieczka - zupa z zielonej fasolki

30dkg zielonej fasolki
pęczek włoszczyzny
dodatkowo 3 średnie marchewki
1,5 wody 
połowa pęczka zielonego koperku
2 duże ziemniaki
2 łyżki masła
150ml słodkiej śmietanki (najlepsza kremowa)
2 łyżki mąki pszennej
liść laurowy
3-4 kulki ziela angielskiego
2-3 łyżki octu winnego albo spirytusowego
łyżeczka cukru
sól i pieprz do smaku

Gotujemy bulion z włoszczyzny (dodajemy liść laurowy i ziele angielskie). Warzywa wyjmujemy (nie będą już potrzebne). Zachowujemy tylko marchewkę, którą należy pokroić w kostkę. Umytą fasolkę drobno siekamy. Wrzucamy do wywaru i gotujemy do miękkości. Dodajemy pokrojone w kostkę ziemniaki. Kiedy ziemniaki zmiękną dodajemy wcześniej ugotowaną i pokrojoną marchewkę oraz masło. Doprawiamy solą i pieprzem. W osobnym naczyniu dokładnie mieszamy śmietankę z mąką pszenną a następnie wlewamy całość do zupy bez przerwy mieszając (warto wlać śmietankę przez sitko aby uniknąć grudek z mąki). Sieczkę doprawiamy cukrem i octem według uznania. Zupa powinna być słodko-kwaśna. Gotujemy jeszcze przez chwilkę na małej mocy kuchenki. Na koniec dodajemy koperek i już nie podgrzewamy. Dodatkowo posypujemy świeżym koperkiem tuż przed podaniem. 
Smacznego.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Zupa z suchej fasolki


Biały krajobraz za oknem mnie uspokaja. Wieczorem, kiedy wszyscy siedzą już w ciepłych domach my wracamy z kina. Dookoła pełno świeżego śniegu a z nieba wciąż spadają białe płatki. 
Wolę śnieg od deszczu. Do rana zachowuje swoje piękno, jest jak tabula rasa, czysta tablica. Do jutra może zdarzyć się wszystko. Może przyjść siarczysty mróz, który ciepły oddech zamieni w delikatny szron, będzie piekł w zimne policzki i zmarznięte palce. 
Najbardziej lubię gdy przymrozek jest delikatny, gdy pozwala słońcu wychylić się zza chmur i daje spojrzeć na piękny zaśnieżony świat. 
Gorzej gdy przychodzi odwilż, która zamieni śnieg w brzydką pluchę. Tego nie lubi chyba nikt. 

Cieszę się jeszcze zimą, bo tak mało mi jej w tym roku. 
Gotuję zimową zupę. Wybieram poczciwą znajomą suchą fasolkę zamiast zimowych pomidorów i fenkułu. Zupa porządnie mnie rozgrzeje i nasyci. Lubię fasolkową na wędzonce z dodatkiem słodkiej śmietanki i dużej ilości marchewki. Rustykalnie i po domowemu. Do tego pajdka świeżego chleba i mam smaczny zimowy obiad. 
A Wy lubicie takie zupy?


Zupa fasolowa na wędzonce

250g białej suchej fasolki (drobnej)
400g żeberek wędzonych
pęczek włoszczyzny
4-5 średnich ziemniaków
100 ml słodkiej śmietanki (użyłam 12%)
200g wędzonej chudej kiełbasy
2 łyżki skrobii ziemniaczanej
spora szczypta majeranku
3 liście laurowe
5 kulek ziela angielskiego
3 łyżki octu winnego
sól i pieprz do smaku


Fasolkę namoczyć w wodzie na 12 godzin (tak by wody było 2 razy tyle ile ziaren). Ugotować fasolę do miękkości w wodzie, w której się moczyła bez soli. W razie potrzeby dolać wody. Po ugotowaniu posolić i odstawić.
Włoszczyznę obrać i ugotować w około 1.5 litra zimnej wody z listkiem laurowym i zielem angielskim, w celu uzyskania wywaru. Pozbyć się pora. Resztę włoszczyzny posiekać w drobną kostkę, odłożyć na bok.
W powstałym wywarze ugotować do miękkości wędzone żeberka. Dobrze podzielić je na porcje przed gotowaniem. Wywar przyprawić majerankiem i odrobiną soli (jeśli wędzonka była mocno solona należy pominąć solenie). Ziemniaki obrać i pokroić w kostkę, ugotować w wywarze. Gdy mięso i ziemniaki będą miękkie dodać pokrojone warzywa, ugotowaną wcześniej fasolkę wraz z wodą pozostałą po jej gotowaniu i kiełbasę pokrojoną w plasterki (można ją wcześniej krótko przesmażyć). W osobnym naczyniu rozmieszać z odrobiną wody skrobię ziemniaczaną i śmietankę. Wlać do zupy ciągle mieszając. Na koniec wszystko powoli zagotować.
Mąkę ziemniaczaną można pominąć, wtedy gdy zupa jest dostatecznie gęsta. Zależy to od stopnia ugotowania ziemniaków i fasoli, ja wolę gdy nie są zbyt rozgotowane dlatego dodaję skrobię. Zupę trzeba jeszcze przyprawić octem winnym, pieprzem i solą do smaku. 
Podawać z pieczywem.
Smacznego!


wtorek, 25 września 2012

Dyniowa farma, dyniowa zupa


Sądzę, że nie będzie wielką przesadą jeśli stwierdzę, że dzisiejszy wpis sponsoruje kolor pomarańczowy. I to jaki pomarańczowy: słoneczny, radosny, dyniowy. Bo oto właśnie sezon dyniowy uważam za rozpoczęty. Odwiedziłam już nawet dyniową farmę i zakupiłam słoneczne kulki na różne preparacje. 
Były różne gatunki i wielkości. Była najbardziej popularna odmiana Orange sweetie. Była ulubiona przez wszystkich, pomarańczowa Hokkaido albo zielone olbrzymy, Dynie prowansalskie. Wśród swoich wielkich konkurentek skryły się też małe żółte patisony i ozdobne dyńki z chropowatą skórką. Nie sprawdzałam osobiście, ale eksperci mówią, że te najbrzydsze dynie są najsmaczniejsze. Każdy gatunek ma swoje przeznaczenie. Niektóre nadają się na ciasta i zupy, inne do sałatek albo past a jeszcze inne do marynowania.
Całe morze dyń i dodatkowe jeszcze na polu, można samodzielnie wyciąć tę najdorodniejszą. Niektóre dorastały nawet do 25 kilogramów. Aby jednak ta największa, okrągła dynia nie stała się moim alter ego, na dyniową farmę pojechałam rowerem. Wykorzystałam jesienne słońce i co więcej przywiozłam na rowerze moje dyniowe zakupy.
Z przydźwiganej dyni ugotowałam zupę, bez mleka i bez śmietany, odchudzoną, ale smaczną. Podałam ją z prażonymi pestkami, na dobry początek. 


Zupa dyniowa
1 kg waszej ulubionej dyni (użyłam makaronowej)
0.5 litra bulionu warzywnego
pół małej cebulki
ząbek czosnku
2 łyżki oliwy z oliwek
2 łyżki masła
szczypta papryki ostrej 
szczypta papryki słodkiej
szczypta gałki muszkatołowej
2 łyżki soku z cytryny albo octu winnego (z białych winogron)
suszone pestki dyni


Dynię trzeba obrać ze skóry, pozbawić pestek, pokroić na duże kostki i wrzucić do naczynia żaroodpornego wysmarowanego oliwą z oliwek. Możecie użyć dowolnego rodzaju dyni o zwartym miąższu. Do naczynia z dynią wrzuciłam obrany ząbek czosnku a następnie piekłam wszystko w piekarniku (w temperaturze 200 stopni) przez około godzinę. W tym czasie na patelni rozgrzałam masło i zezłociłam kawałek małej cebulki oraz przygotowałam bulion warzywny. Do blendera wrzuciłam przestudzoną dynię oraz czosnek, podsmażoną cebulkę i dolałam bulion. Opcjonalnie można wrzucić też kawałek marchewki albo pietruszki z bulionu. Z warzywami czy bez, zupę trzeba zmiksować na gładki krem, posolić do smaku, przelać do garnka i zagotować, dość często mieszając. Dyniową zupę można przyprawiać na wiele sposobów, według mnie pasuje tu odrobinę papryki, słodkiej i ostrej, oraz koniecznie gałka muszkatołowa. Oprócz tego kwaśną nutkę zapewni odrobina soku z cytryny albo octu z białych winogron. Obowiązkowy będzie też świeżo zmielony czarny pieprz i świeżo uprażone pestki dyni. 
Smacznego


Moje dyniowe propozycje z ubiegłego roku znajdziecie tu i tu i tu. Smacznej dyni Wam życzę!

środa, 5 września 2012

Krem z papryki i pomidorów


Kuchnia to kolory. Są idealne o tej porze roku. I choć lato już tylko babie, na talerzach królują jeszcze czerwone pomidory i papryka, pomarańczowe dynie, granatowo-czarne śliwki i bakłażany. 
Pomidory lubię najbardziej. Mój ulubiony gatunek to bawole serca, które dojrzewają powoli. I choć wyglądają jeszcze na niedojrzałe, w środku kryją już słodki miąższ, prawie bez pestek. Bawolaki trzeba zjadać jak najszybciej po zerwaniu. Kroję je czasem, dodaję cebulkę, odrobinę dobrej śmietany i kolacja gotowa. 
Niekiedy jednak mam ochotę na bardzo dobrą zupę pomidorową więc przygotowuję pomarańczowy krem z pomidorów i papryki. Przepisaem na niego podzielił się ze mną kolega z pracy. Przygotowanie tej zupy ma jednak sens tylko wtedy, gdy dostępne są właśnie takie letnie pomidory, jakie znajdziecie teraz na straganach.
Do podania zupy użyjcie twardego sera, na przykład rodzimego bursztyna albo wyrazistego sera koziego. Najlepiej smakuje z grzankami, posypana odrobiną świeżego tymianku albo oregano. 


Krem z pieczonej papryki i pomidorów

3 duże strąki czerwonej papryki
1 kg ulubionych pomidorów (najlepsze będą te z małą ilością pestek, na przykład bawole serca)
2-3 gałązki świeżego tymianku (opcjonalnie)
5 łyżek oliwy z oliwek
główka czosnku
1 marchewka
około 300ml bulionu warzywnego
sól i pieprz

Umytą paprykę (z której wcześniej usunęłam gniazda nasienne), pomidory i nieobraną główkę czosnku pokroiłam na połówki. Ułożyłam je w naczyniu żaroodpornym wysmarowanym oliwą z oliwek i piekłam w piekarniku, nagrzanym do temperatury 200 stopni, przez godzinę. Czas zależy od wielkości pomidorów, które po upieczeniu i przestudzeniu powinny dać się łatwo obrać ze skórki, podobnie zresztą jak papryka i czosnek. Obrane warzywa trzeba zmiksować w blenderze na gładki krem. Podczas przygotowania bulionu zachowuję całą, ugotowaną marchewkę i dodaję ją do blendera w czasie miksowania. Warto zlać płyn, który pomidory oddadzą podczas pieczenia i dodać go do całości już na sam koniec. Do warzywnego kremu dolewamy bulion, którego ilość zależy od tego jak gęstą zupę chcemy uzyskać. Wszystko przyprawiamy solą, pieprzem, odrobiną oliwy i tymiankiem. Podajemy z grzankami i tartym serem, najlepiej twardym i ostrym.
Smacznego


czwartek, 9 sierpnia 2012

Chłodnik jagodowy


W takie dni jak dziś, gdy wracam z pracy późno, nie mam czasu nic ugotować. Wchodzę do domu, zdejmuję buty, myję ręce i najchętniej od razy siadłabym do stołu. Dobrze jeśli czeka Ktoś z przygotowaną kolacją. Gorzej jeśli kolacji jeszcze nie ma. Wtedy potrafię złapać w biegu cokolwiek, by nasycić pierwszy głód, zanim zrobię coś szybkiego. Odkrawam piętkę świeżego chleba, chwytam jabłko albo trochę granoli prosto ze słoika. Dzisiaj zjadłam chłodnik jagodowy, mój ulubiony. 
Przygotowałam go już wcześniej. Czekał na swój czas w lodówce , w małym garnuszku. 
Lubicie owocowe chłodniki? Dla mnie ten konkretny ma smak sentymentalny. Przygotowanie jest raczej banalne i właściwie nie potrzeba wiele pisać. Chodzi o wspomnienie i o inspirację. Bo odkąd pamiętam zawsze czekałam latem na pierwsze jagody i na ten chłodnik. 
Dziś czekam na jutrzejsze kulinarne warsztaty, pierwsze w jakich wezmę udział!


Przepis na kaszkę podawałam już tutaj (klik)
Przepis na chłodnik jest dziecinnie prosty i szybki

Chłodnik jagodowy

250g jagód
3-4 łyżki białego cukru
100ml wody

Umyte jagody zagotować z cukrem i wodą. Po przestudzeniu schłodzić w lodówce. Z kaszki przy pomocy dwóch łyżek stołowych uformować kluseczki. Podawać z chłodnikiem przybrane świeżą miętą. Gotowe!
Smacznego


wtorek, 5 czerwca 2012

Botwinka



Kiedyś pewien prominent został zapytany o ulubione danie. Dodam, że była to osoba zapraszana często na wykwintne kolacje, w towarzystwie uprzywilejowanych osób, w świetnych restauracjach. Próbował dań przyrządzanych przez światowej sławy kucharzy. Próbował smakowitości, z rodzaju gourmet, unikatowych potraw, skomplikowanych w przygotowaniu. Dodam, że pytanie padło na mniej oficjalnym spotkaniu, na którym ów człowiek mógł zdobyć się na szczerość. Odpowiedział wtedy bez wahania, że tak naprawdę wcale nie lubi specjałów, którymi go częstują. Prawdziwą radość sprawia mu posiłek przygotowany przez jego Mamę: prosta zupa z kromką chleba. 
Bo w gotowaniu nie chodzi o wysublimowane smaki, ale smaki które sprawiają nam radość. Najlepsze potrawy przygotowujemy dla tych, na którym nam zależy. Gotowanie dla najbliższych to forma okazywania naszych uczuć. Nawet najprostsza kanapka przygotowana przez ukochaną osobę smakuje nam lepiej niż ta zrobiona własnoręcznie. Myślę o tym zawsze przy moim codziennym śniadaniu. 
Za każdym razem gdy moja Mama spodziewa się, że przyjadę do domu dzwoni i pyta co ma dla mnie ugotować? O tej porze zamawiam botwinkę. Jeśli bowiem miałabym wymienić ulubione zupy, botwinka zajęłaby wysoką lokatę w moim osobistym rankingu. Obowiązkowo z jajkiem na twardo albo sadzonym a na dodatek ziemniaczki z młodym koperkiem. 



Botwinka

pęczek młodej botwinki 
pęczek młodej włoszczyzny
4 średnie buraczki
sól i pieprz
pół kilograma młodych ziemniaków
pęczek koperku
3 liście laurowe
kilka kulek ziela angielskiego
3 łyżki octu winnego
łyżeczka cukru
100ml słodkiej śmietanki
100ml jogurtu naturalnego
4 jajka


Do 1.25 l zimnej wody wrzucamy obraną, umytą włoszczyznę, ziele angielskie i liście laurowe, solimy. Gotujemy aż włoszczyzna lekko zmięknie i dorzucamy 3 obrane i umyte buraczki (1 zostawiamy na kolor). Do wywaru dorzucamy następnie buraczane łodyżki wraz z młodymi listkami, pocięte w małe kawałki i gotujemy do miękkości. Następnie odlewamy odrobinę gorącej zupy, która powinna mieć czerwony kolor i dolewamy do niej śmietankę i jogurt. Zahartowaną śmietankę dolewamy do garnka i mieszamy. Zupę doprawiamy cukrem, pieprzem i octem do smaku. Na koniec wyłączamy kuchenkę, wrzucamy surowego buraczka i zostawiamy do zabarwienia na różowy kolor przez około 10-15 minut.  Zupę podajemy gorącą z młodymi ziemniakami i jajkiem na twardo oraz koperkiem. 



Smacznego

środa, 9 listopada 2011

Z marchewki...zupa

Wkoło kolorowo i pięknie. Po jesiennym spacerze przychodzi ochota na coś ciepłego. Kolory jesieni towarzyszą mi też w kuchni. Goszczą w niej pomarańczowe dynie, żółto-brązowe gruszki, czerwona papryka i marchewka. Marchewkę mamy właściwie cały rok, świeżą, z piwnicy albo ze straganu. Zupa z przecieranej marchewki kojarzy mi się przede wszystkim z obiadkami dla niemowląt, bez smaku.  Czas obalić ten mit, bo taka pomarańczowa zupa może też być lekko pikantna i po prostu smaczna. 


To jest taka zupa, którą się robi bez mięsa, prawie z niczego, prawie jak zupę na gwoździu. Włoszczyznę mam w domu zawsze, przechowuje się dobrze na dnie lodówki, tak samo jak marchewka. Do tego trochę przypraw, śmietanka i jest miseczka gorącej zupy. Marchewka nadaje jej słodyczy, do tego pikantne chili, aromat kolendry i łyżka kwaśnej śmietanki. Zupę można odgrzać na prędce gdy nie ma czasu na długi posiłek, zupę można zjeść z gorącego kubka, zupa jest dobrym początkiem każdego prawdziwego obiadu. Do tej dzisiejszej pasuje kromka świeżego chleba albo kilka chrupiących grzanek...zanim zdążę ugotować coś na drugie.
Zupa krem z marchewki
5 średnich marchewek
1 pietruszka
biała część z pora
ćwierć niewielkiego selera
2 ząbki czosnku
2 łyżki masła
3 kulki ziela angielskiego
1 liść laurowy
łyżeczka wędzonej papryki
odrobina mielonej papryczki chili (ile lubimy)
pół łyżeczki mielonej kolendry
kwaśna śmietana lub jogurt typu greckiego
odrobinę kolendry lub melisy do przybrania
sól i pieprz

Obraną włoszczyznę wrzucamy do garnka z zimną wodą (około 1 litra), liściem laurowym i zielem angielskim a następnie gotujemy na wolnym ogniu do miękkości. Na patelni rozgrzewamy masło i dodajemy przyprawy (kolendrę, chili, paprykę) a następnie zmiażdżony albo posiekany czosnek. Wszysko lekko podsmażamy i dodajemy do wywaru z warzyw. Alternatywą może być upieczenie czosnku w piekarniku przy okazji, jeśli chcemy zrobić zupę bez masła. Wtedy przyprawy dodajemy bezpośrednio do wywaru. Zupę solimy po ugotowaniu. Przestudzoną zupę z warzywami wlewamy do blendera i miksujemy na gładki krem. Doprawiamy teraz do smaku solą i pieprzem a jeśli trzeba dodajemy też więcej papryki. Kwaśną śmietankę albo jogurt hartujemy ciepłą zupą i dodajemy na sam koniec. Odrobinę zostawiamy do podania. I voilà zupa gotowa!
Smacznego


A to kolory jesieni z mojego spaceru...