Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulubione miejsca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulubione miejsca. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 października 2012

Biryani i Pilchy


Na skraju Puszczy Piskiej, w małej wsi Pilchy, w starej szkole przerobionej na stację badawczą zaskoczyła nas zima. Posypała śniegiem na jeszcze żółte brzozy, na kwiaty koniczyny, krwawnika i na zieloną trawę. Jeszcze w sobotę zbieraliśmy grzyby i borówki. Szukałam jesieni, która miała kolor czerwonych plam na tle brązowego krajobrazu. A to jak nakrapiane muchomory albo jak boje na jeziorze, a to jak pomarańczowa miechunka na polu albo borówki brusznice. Widać to na moich zdjęciach.

Dopiero po zapadnięciu zmroku zaczęło wiać. Wtedy my siedzieliśmy już przy długim kuchennym stole a wiatr słyszeliśmy tylko za oknem. Wspólne gotowanie łączy, dlatego tak je lubię. Smażyliśmy rydze na maśle, gotowaliśmy jednogarnkową kolację, która smakowała nawet trochę przypalona. W końcu gdzie kucharek sześć... Wypiliśmy po szklaneczce słodkiego grzańca a wtedy nawet niemieckie country brzmiało jakoś znośniej. Potem jeszcze trzeba było przestawić zegar, który co godzinę brzmiał jak inny ptak. O północy była sowa.  

Monotonny dzwięk farelki sprawił, że spałam tam bardzo dobrze. Rano obudziło mnie rześkie zimno i biały krajobraz za oknem. Na krzewach kopczyki śniegu a na niebie piękne słońce. Rankiem jajecznica z grzybami i krótki spacer. Szkoda było wracać.

Po powrocie do domu zrobiłam biryani z soczewicą, które chyba mi się nie znudzi. Jest rozgrzewające od korzennych przypraw i pożywne. Będzie pewnie na moim stole jeszcze nie raz w nadchodzącym czasie.


Biryani z soczewicą
filet z kurczaka albo indyka
puszka ciecierzycy z zalewy
100g orzechów nerkowca
100g rodzynek
szklanka długoziarnistego ryżu (używam basmati)
2.5 szklanki wrzątku (albo bulionu warzywnego)
2 suszone papryczki chili
laska cynamonu
łyżka kurkumy
łyżka kminu rzymskiego
łyżka mieszanki garam masala
3 łyżki tartego imbiru
2 duże ząbki czosnku
jedna duża cebula
6 łyżek oleju o neutralnym smaku


Przygotowanie biryani zaczynam od uprażenia orzechów nerkowca. Robię to na suchej patelni potrząsając co chwilkę i bardzo uważam by się nie przypaliły. Uprażone orzechy odstawiam na bok.
Na osobnej patelni rozgrzewam olej i dodaję przyprawy: kmin, garam masala, kurkumę , rozkruszoną na duże kawałki korę cynamonowca i papryczkę chili. Na patelnię dorzucam posiekaną drobno cebulę i podsmażam aż się zeszkli. Pod koniec dodaję świeży starty imbir i przeciśnięty przez praskę czosnek. Po chwili dorzucam pokrojone na małe kawałki, posolone mięso. Wtedy przyprawy powinny uwolnić swój aromat i przestać się smażyć. Mięso odrobinę się zetnie i zacznie przysmażać. Wtedy na patelnię wrzucam ryż. Powinien się lekko zeszklić. Zalewam go wówczas gorącym wrzątkiem, dodaję rodzynki, orzechy nerkowca i przykrywam patelnię. Duszę to na małej mocy palnika jak risotto, od czasu do czasu mieszając (właściwą metodą jest próżenie całości w piekarniku, gdzie ciepło rozhodzi się równomiernie a potrawa nie ma szansy się przypalić). Potrawa będzie gotowa gdy tylko ryż się ugotuje, co w przypadku basmati zajmuje nie więcej niż 20 minut. Kiedy ryż całkowicie wchłonie płyn a potrawa nabierze właściwiej konsystencji doprawiam jeszcze solą do smaku i dorzucam odsączoną z zalewy ciecierzycę. Wszystko mieszam, podrzewam jeszcze przez chwilkę i podaję posypane natką pietruszki. 
Smacznego

wtorek, 21 sierpnia 2012

Festiwal Smaku 2012


W miniony weekend, w pagórkowatej dolinie rzeki Strugi odbył się tegoroczny Festiwal Smaku w Grucznie. I choć raz po raz słyszę o podobnych imprezach, które odbywają się w dużych miastach to muszę zaznaczyć, że festiwal w Grucznie był pierwszym i pozostał największym tego typu wydarzeniem. Jego urok leży chyba w pięknym otoczeniu, w tradycji i oddaniu jego organizatorów, którzy są prawdziwymi pasjonatami smaku. 
Odwiedzający Gruczno tak jak ja mieli okazję posmakować nowych odmian serów, pajdy chrupiącego chleba na zakwasie, gęsiego pasztetu i słynnego już podpiwku kujawskiego. Produkty były zdrowe, różnorodne, naturalne i najwyższej jakości. Wszyscy wracali więc z pełnymi rękami. W myśl zasady o globalnym myśleniu i działaniu lokalnym kupowano wyłącznie produkty małych wytwórców z sąsiedztwa. Prezentowano miody, sery, chleby, wędliny, alkohole, słodycze, dawne rasy gęsi, kaczek, kur i owiec. Odbyły się pokazy pracy psów pasterskich. Dzieci wypiekały podpłomyki i tłoczyły na zimno ziołowe oleje, próbowały prawdziwej wiejskiej śmietany i miodu. 
Jak zawsze w Grucznie wybierano Smak Roku. Laur ten przypadł sękaczowi Pani Teresy Biziewskiej (reprezentantce mojego, ostatnio ulubionego regionu, Suwalszczyzny). W poszczególnych kategoriach wybrano syrop z kwiatów czarnego bzu (przetwory warzywne i owocowe), karpia wędzonego (przetwory z ryb), zdrębny ser Laszczewi (przetwory z mleka), chleb serwatkowy (wypieki), szynkę wędzoną (wędliny) i miód koniczynowy (produkty pszczelarskie). Miano potrawy roku otrzymał żur staropolski, którego tradycyjne przygotowanie jest kultywowane na Kujawach do dziś. 
Ideą Festiwalu Smaku jest przywracanie starych receptur, zwyczajów i zapomnianych odmian roślin oraz ras zwierząt hodowlanych. Dlatego oprócz wystawców promowane są też całoroczne przedsięwzięcia. W tym roku postanowiono przybliżyć tradycję sadownictwa w rejonie Dolnej Wisły oraz stare odmiany jabłek. Niegdyś w Polsce wyrabiano z nich smakowite wina, cydry i calvados. Dziś odkurzamy stare książki kucharskie i przywracamy, to z czego słynął kiedyś nasz kraj. Obok win owocowych dobrą sławą cieszyły się i cieszą nalewki. Na Festiwalu odbywały się też warsztaty smaku. Ich uczestnicy podpatrywali najlepszych. Chodzi przecież o to by kulinaria były nie tylko przyjemnością ale też sztuką.  Nastawiania nalewek uczył mistrz w tej dziedzinie i pomysłodawca Turnieju Nalewek Hieronim Błażejak. Ustawiono więc olbrzymie gąsiory, w których macerowały się przeróżne owoce i zioła. Ku uciesze degustatorów, coraz więcej osób jest zainteresowanych sztuką przygotowania tradycyjnych trunków. 
Smutną wiadomością jest fakt, że ubywa pszczelarzy. Wprawdzie w Grucznie byli oni godnie reprezentowani, ale głównie przez seniorów. Słusznie więc przesłaniem Festiwalu Smaku stało się zachęcanie młodszych pokoleń do tradycyjnego pszczelarstwa. 
W turnieju kucharzy, odbywającym się w Grucznie już po raz kolejny, hasłem przewodnim były: jagnięcina i perliczka, dwa gatunki mięs, które zdecydowanie za rzadko goszczą na naszych stołach. Zwycięzcy tego konkursu wygrywają nominację do Kulinarnego Pucharu Polski. 
Oprócz smakowania w Grucznie można miło spędzić czas. Festiwal od wielu lat zachowuje swój unikatowy charakter oraz wysoki poziom, jest więc chlubą mieszkańców regionu i nie tylko. Kto raz odwiedzi Gruczno, ten będzie tam wracał. Polecam następne edycje Festiwalu Smaku! Bo warto!


Festiwal Smaku
Gruczno nad Wisłą 
Województwo Kujawsko-Pomorskie

wtorek, 31 lipca 2012

Z Suwalszczyzny, blisko natury


Obiecałam sobie, że wykorzystam polskie lato na poznanie nowych miejsc. Dopóki dni są jeszcze ciepłe a pogoda dopisuje postanowiłam zwiedzić nieznane miasta i zakątki Polski. Na początku wydawało się, że nie ma ich wiele ale teraz wiem, że czasu nie starczy.
Ostatnio poznałam Suwalszczyznę. Trochę niedocenioną, dzięki czemu pozostała wolna od przemysłu i czysta. Tak czysta jak jezioro Czarna Hańcza i rzeka która ma w nim swój początek. Kajakowałam Hańczą i zakochałam się w niej. Cała Suwalszczyzna poprzeplatana jest pajęczyną rzek i rzeczek, w sam raz na kajakowy spływ. Suwalski Park Krajobrazowy zwany jest małymi Bieszczadami przez pagórkowatą rzeźbę krajobrazu polodowcowego. Wkoło rozciągają się głazowiska morenowe, jeziora, lasy pełne poziomek i jagód. Kto lubi może jak ja przejechać tamtędy rowerem albo wierzchem. 
Nad jeziorem Wigry, na niewielkim półwyspie znajduje się klasztor należący niegdyś do zakonu kamedułów. Zakonnicy wiedli życie w małych pustelniach, domkach zwanych eremami. Ich codzienność ograniczała się do wspólnej modlitwy oraz ciężkiej pracy. Reguły eremitów są bardzo surowe. Zakonnicy wyrzekają się rozmów, jedzenia mięsa i przywdziewają białe habity. Obecnie klasztor wigierski jest otwarty dla zwiedzających. 
Na Suwalszczyźnie tylko pogoda płata figle. Raz zaskoczy rzęsistą ulewą, która po chwili zamienia się w tęczę i upał. Ludzie są tu przyjaźni a turystów nie ma wielu. Można uciec od gwaru i ścisku popularnych kurortów. Na dachach bocianie gniazda, przy gospodarstwach niewielkie pasieki, wszędzie jeziora i cisza. Gospodynie podają pyszne kartacze i kiszkę ziemniaczaną oraz litewski chłodnik, wszak na Litwę niedaleko. Na deser są jagodzianki z albo faworkowe mrowisko, polane tutejszym miodem i obsypane bakaliami. Do domu przywiozłam delikatny sękacz z wielu warstw słodkiego ciasta. Według tradycji sękacze były pieczone na lipowych gałązkach, którym zawdzięczały swój aromat. Dziś tradycję powoli wyparła nowoczesność ale na szczęście można jeszcze skosztować wybornych sękaczy na Suwalszczyźnie.  

piątek, 6 lipca 2012

Czasem słońce czasem deszcz


Rankiem jest lato. Gorąco i parno, nie chce mi się ruszać z fotela w chłodnym domu. Popijam wodę z cytryną i nie wychodzę nawet na balkon, na którym niemiłosiernie pali teraz słońce.
Popołudnie: niebo w kilka chwil zasnute jest ciemnymi chmurami. Robi się chłodniej, słońca już brak. Spada deszcz, którego mi było trzeba. Wychylam się od razu. W powietrzu zaczyna pachnieć burzą, świeżo i zachęcająco. Ulewa kończy się po godzinie.
Wychodzę. Mam mało czasu, zaczyna się błękitna godzina. Wtedy światło jest najlepsze, tuż po deszczu. Na liściach żywopłotu zastygły srebrzyste kropelki, dotykam lekko a wszystkie spadają. 
Jadę do lasu, tam powietrze jest zimne. Po drodze pachną i brzęczą lipy, w wilgotnym powietrzu zapachy rozchodzą się lepiej niż podczas suszy. Lubię ten zapach, przypomina mi o lipowym miodzie i schłodzonym naparze z kwiatów lipy. 
W leśnym runie też widać deszcz, dojrzewają już poziomki i jagody. Są tam chyba po to by skubać je w drodze.
Wieczorem znów parno i duszno, wilgoć z popołudniowego deszczu już się unosi. Powoli wracam, po prawej na polu mam wąsaty jęczmień, po lewej pszenicę i kukurydzę. Czuję już znowu lepkie powietrze i ciepłe promienie. Pachnie letnimi wakacjami, których nie miewam już od dawna ale widać je wkoło. 
Czereśnie zrywam już gdy zachodzi słońce. Na długi lipcowy wieczór zakładam czereśniowe kolczyki, to moja  dziecięca letnia biżuteria. 
W nocy znów będzie burza.  

wtorek, 24 kwietnia 2012

Wiosna w Kampinosie


Znów wybraliśmy się do Kampinosu. Teraz powoli rozwija się tam wiosna. Jakby leniwie i od niechcenia przychodzi. Pierwsze cieplejsze promienie słońca przedzierają się do ziemi. W górę wystrzelają więc małe kwiatki: zawilce, przylaszczki, pierwiosnki. Dopóki na drzewach nie rozwiną się liście do dna lasu dociera cenne światło. Runo usiane kolorowo wygląda teraz jak piękny kwiatowy kobierzec. Obok wplecione błyszczące listki brusznic i małe sosnowe siewki, które też przecież potrzebują światła. Stare dęby rozwijają się obok młodych drzewek. Podmokłe olsy, które jeszcze są ciemne i szare przechodzą w zielone torfowiska. Wśród listków torfowca błyszczące perełki wody mienią się lekko w słońcu. Zaraz dalej jest sosnowy bór i biała brzezina, wszystko ma swój rytm i porządek. 
Wystarczy przez chwilę się zatrzymać, otworzyć szeroko oczy i słuchać. Teraz nie ma tam ciszy. Wkoło pojawiają się ptaki, których głosy brzmią jak u Tuwima w Ptasim radiu:
Halo, halo! Tutaj ptasie radio w brzozowym gaju.
Nadajemy audycję z ptasiego kraju. 
Para dzięciołów w zalotach przelatuje z jednego drzewa na drugie, jak w prędkim tańcu. Przylatują całkiem blisko, znajdują smakowitą dziuplę i ptasia uczta gotowa. 
Pod nogami przemyka mała jaszczureczka, to zwinka. W leśniczówce urodziły się w tym roku małe dziczki. Radośnie biegają po zagrodzie i beztrosko machają małymi ogonkami. Mogłabym przyglądać im się bez końca. Mogłabym też przyjeżdżać tutaj co tydzień i powoli obserwować jak zmienia się Kampinoska Puszcza. Najbardziej fascynuje mnie właśnie ta zmienność i różnorodność. Bo Puszcza jeszcze nigdy nie była nudna.  Od wschodu słońca po delikatny zachód zaskakuje kolorami, zapachem i całym swoim bogactwem. Poczekam na lato... i pojadę tam znowu...

piątek, 9 marca 2012

Moje meksykańskie ABC

Trudno jest opisać w kilku słowach podróż, która trwała blisko miesiąc. Trudno jest zawrzeć w tym opisie emocje, wrażenia, pejzaże, kulturę, smaki i zapachy. Dlatego relację z mojej podróży do Meksyku, Gwatemali i Belize ułożyłam w alfabet. To jest bardzo subiektywny zbiór moich wspomnień. Wiele z nich dotyczy meksykańskiej kuchni, która jest jedną z najbardziej charakterystycznych kuchni świata. Tak więc zapraszam Was na sentymentalną podróż do Ameryki Środkowej! 

A jest jak AGAWA, która w Meksyku rośnie prawie wszędzie, ze względu na półpustynny albo pustynny krajobraz, dominujący w tym kraju.

B jest jak BURITTO czyli mięso albo warzywa zawinięte w tortillę, przekąska dostępna na każdym kroku.

C jak CHICHEN ITZA czyli jedno z nasłynniejszych stanowisk archeologicznych cywilizacji Majów na Półwyspie Jukatan. Po drugie: CHURROS czyli moje ulubione ciastka sprzedawane na ulicznych wózkach, słodkie ósemki obsypane cukrem z cynamonem. Po trzecie: CALABAZA czyli młoda dynia dodawana do wielu meksykańskich potraw.

D jak DZIBILCHALTUN kolejne warte zwiedzenia ruiny miasta starożytnych Majów na Jukatanie.

E  jak ENCHILADAS albo EMPANADAS, z których pierwsze to zapiekane tortille z mięsem polane kwaskowatym sosem, zaś drugie to pierożki smażone w głębokim tłuszczu (spotyka się nawet wytrawne empadanas bananowe, pyszności!)




F jak FLAN czyli rodzaj karmelowego deseru z mlekiem. FRIDA KHALO najsłynniejsza Meksykanka, malarka której wizerunek widnieje na banknocie 500 peso meksykańskich.

G jak GUACAMOLE czyli moja ulubiona pasta z avocado z dodatkiem pikantnej papryczki, serwowana jako dodatek do dań albo przekąskę.

H jak HABANERO czyli najbardziej pikantna papryczka świata, od młodej Meksykanki dowiedziałam się, że jest łagodna dla żołądka w przeciwieństwie do innych odmian chili, czemu zawdzięcza swoją popularność.


I jak IGUANA, gatunek wszędobylskiej jaszczurki spotykany w Meksyku na każdym kroku albo jak INDIANIE Maya, grupa etniczna, która ciągle zachowuje swoją unikalną kulturę i odrębność językową.

J jak JIMANDOR, człowiek żniwiarz, tyle że zbierający serca agawy, które służą do wyrobu meskykańskich alkoholi. J jak Półwysep JUKATAN, czyli cel podróżników odwiedzających Meksyk.

K jak KUKURYDZA, podstawowe zboże Meksyku, według wierzeń Majów człowiek powstał z kukurydzy i boskiej krwi. Meksykańska kukurydza jest prawie zawsze organiczna i smakuje doskonale.

L jak LABNA, miejsce ciekawych wykopalisk archeologicznych na Jukatanie.

M jak MOLE, potrawa uwielbiana przez mieszkańców Meksyku, jest to gęsty, aromatyczny sos z kawałkami mięsa. Najsłynniejsze jest mole poblano, albo mole negro przyrządzane z dodatkiem czekolady i bardzo pikantnej papryczki. Istnieją jednak różne kolory i odmiany mole, warto dodać że w mole najważniejszy jest sos a nie mięso.


N jak NESTOR młody Meksykanin, który próbował 'uchwycić słońce' na moim zdjęciu. Okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem i opowiedział mi wiele o swoim kraju.

O jak OAXACA, dla mnie kwintesencja Meksyku! Jest to nazwa całego stanu ale i miasta, słynącego ze znakomitych mole, alkoholu o nazwie mezcal i półpustynnych krajobrazów z 200-letnimi kaktusami i górami. Na ulicach Oaxaca pzechadzają się meksykańscy klauni ;) 

P jak PLAJA bo białe piaszczyste plaże nad Morzem Karaibskim są wabikiem dla wielu decydujących się odwiedzić Meksyk. PESCADO czyli ryba, to czego między innymi warto spróbować odwiedzając meksykańskie plaże, pisałam już o nich tutaj.

Q jak QUESADILLA bardzo popularna przekąska. Jest to zapieczona tortilla z serem i innymi dodatkami. W Meksyku jada się rozmaite odmiany quesadilli, na przykład z grzybami albo kwiatami calabazy zapieczonymi w czarnej tortilli.

R jest jak RUINS, których pełno w całym Meksyku, są pozostałością po Majach, Aztekach, Zapotekach i innych plemionach zamieszkujących te ziemie przed laty.

S jak SIERRA MADRE  czyli imponujące góry, piękne! Właśnie tak wyobrażałam sobie Meksyk zanim go odwiedziłam.  SAN CRISTOBAL DE LAS CASAS jest miastem położonym w stanie Chiapas, właśnie w górach, na wysokości bliskiej 2000 metrów n.p.m. Zapamiętałam jego szczególną atmosferę. To miejsce pełne globtroterów, w którym temperatura spada gdy tylko zajdzie słońce.

T jak TORTILLA czyli dobrze znany meksykański chlebek, wypiekany z mąki kukurydzianej, rzadziej pszennej. Stanowi bazę dla nachos, trójkątnych chipsów kukurydzianych, oraz TACOS, zawiniątek ze smaczną zawartością spożywanych dosłownie wszędzie i o każdej porze. Oprócz tortilli pod literą T kryje się najsłynniejszy alkohol z Meksyku, destylowana z fermentowanych serc agawy  TEQUILLA. Nazwa tequilla zarezerwowana jest dla napoju produkowanego tylko z agawy błękitnej. Destylaty powstałe z innych gatunków agawy nazywa się mezcalem.

U jest jak UXMAL, który moim zdaniem może uchodzić za jedne z ciekawszych pozostałości cywilizacji Majów na Półwyspie Jukatan. Największe wrażenie robi piramida wzniesiona na planie owalu.

V jak VALLADOLID. Jest to małe i raczej senne miasteczko kolonialne na Jukatanie, zamieszkiwane przez rękodzielników i rzemieślników. Stąd pochodzą najpiękniejsze wyroby skórzane i kapelusze zwane w Meksyku sombrero! Dla mnie Valladolid pozostanie miejscem, w którym ludzie tańczyli na ulicach!

Z jak ZAPATISTA czyli popularny w Meksyku ruch rewolucyjny stawiający sobie za cel walkę z imperializmem, mający zwolenników głównie wśród Indian z Chiapas. Jego nazwa wzięła się od nazwiska Emillio Zapaty, który jest uważany przez rebeliantów za duchowego przewodnika.