Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapomniane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapomniane. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 lutego 2014

Kulinarnie o Kubie


Przed wyjazdem na Kubę spotykałam się ciągle z przerażającymi opowieściami o tamtejszej kuchni. Legendarne pustki w sklepach, niczym w czasie polskiego PRL-u rzeczywiście oznaczają małą dostępność importowanych produktów. Ale przecież ja jechałam na Kubę przede wszystkim po to by spróbować kuchni lokalnej. Rzeczywistość przerosła moje oczekiwania i mam dużo "smacznych" wspomnień z Kuby. 

W codziennym życiu Kubańczyka nie ma kulinarnego urozmaicenia. W sklepach jest niewiele ale każdy umie kombinować i jest w stanie zdobyć cenne produkty żywnościowe. Wyścig o smakowite posiłki zaczyna się już rano od kolejki w piekarni. Na Kubie dostępne jest głównie białe pszenne pieczywo. Na śniadanie jada się przede wszystkim puszyste bułeczki. Szanująca się gospodyni musi "odstać" swoje w kolejce po mleko. W okienku mleczarni sprzedawca napełnia przy pomocy lejka plastikowe butelki po napojach. I już w torbie mamy świeże mleko, idealne do porannej kawy. 
A kawa na Kubie jest znakomita! W każdym domu na wyposażeniu jest kawiarka, zwana czasem tygielkiem. Kubańczycy parzą w niej świetną ale bardzo mocną mokkę, którą potem rozcieńczają świeżo przegotowanym i bardzo tłustym mlekiem. W kawiarniach czarny napój zaparza się w ciśnieniowym ekspresie. Podaje się go czasem z równiutko wystruganym kawałkiem trzciny cukrowej. Trzcinę należy zagryzać jak ciasteczko, po to by wyssać z niej słodki nektar.




Podróż na Kubę jest unikatowym przeżyciem głównie ze względu na bliską interakcję z jej mieszkańcami, za sprawą domów gościnnych casa particular. Kubańczycy, którzy przyjmują gości w swoich domach traktują ich jak członków swoich rodzin. Czują się swobodnie w ich obecności i są bardzo otwarci. Przygotowują też dla gości pyszne, domowe jedzenie. Śniadania podawane w casa particular wyglądają trochę inaczej niż codzienne posiłki mieszkańców Kuby. Oprócz kawy rankiem podaje się marmoladę z guawy, miód i oczywiście świeże owoce, których na Kubie nigdy nie brakuje. Świeże ananasy, mango, małe słodkie banany czy papaja goszczą na stołach w biednych i bogatych domach. Rano jada się też jajka na miękko, sadzone albo w formie omletu. Herbata jest towarem trudno dostępnym, dlatego oprócz kawy Kubańczycy przygotowują pyszne owocowe soki.
Na obiad i kolację gotuje się zróżnicowane potrawy mięsne, owoce morza oraz ryby. Dania serwowane w casa particular są to uczciwe porcje mało przetworzonego jedzenia, wyjątkowo smaczne i urozmaicone. Osobliwością gastronomiczną na Kubie są paladary, czyli prywatne, rodzinne restauracje. Działają zwykle w większych miastach albo tam gdzie pojawiają się turyści. Menu w takich restauracjach nie ustępuje temu, które proponują casa particular.
Najpopularniejszą potrawą mięsną na Kubie jest chyba ropa vieja, czyli duszona w sosie pomidorowym i rozdrobniona wołowina. Wieprzowinę się smaży, piecze albo grilluje. Oprócz niej Kubańczycy jadają też drób i dużo ryb. Dieta biedniejszych mieszkańców tego kraju bazuje na czarnej i czerwonej fasoli oraz ryżu. Kubański sposób podawania ryżu to potrawa zwana Moros y Cristianos czyli Maurowie i Chrześcijanie. Jest to biały ryż, który symbolizuje chrześcijan i czarna fasola z przyprawami, odpowiednik Maurów. Niekiedy zamiast tradycyjnego congri (to inna nazwa na fasolę z ryżem) fasolę podaje się w formie ciemnej zupy, którą polewa się ugotowany biały ryż. Do kolacji i obiadu podaje się też specjalną odmianę frytowanych, zielonych bananów, gotowany maniok albo słodkie ziemniaki.




W restauracjach serwowane są nieco bardziej wykwintne dania. Nadal są to potrawy powstałe z dobrej jakości lokalnych składników ale sposób ich przygotowania przypomina dużo bardziej kuchnię któregoś z krajów europejskich.  W przydrożnych restauracjach można zjeść kanapki z masłem i serem albo szynką, niczym amerykański sandwich. Na Kubie zwane są mixto i dodatkowo zawierają pikle i wyraziste salsy. W Hawanie na przykład próbowałam kurczaka w sosie z dodatkiem słodkiego świeżego ananasa i pesto. Innym razem kurczaka frytowanego, podawanego z maniokiem. Nie odmawiałam sobie też krewetek w smakowitych zestawieniach ani świeżej langusty czy ryb. W modnych restauracjach koktajlom z owoców morza towarzyszą pikantne albo delikatne salsy. Do tego podawane są świeże lub lekko blanszowane warzywa. Jeśli chodzi o kulinaria Kuba nie zostaje w tyle...

Osobnym tematem jest jedzenie sprzedawane na ulicach. Prawie wszędzie można spotkać małe okienka w ścianie albo beczki, w których wypieka się lokalną pizzę. Pizza jest przekąską wszędobylską, kosztuje kilka peso, czyli około złotówkę i prawie zawsze ustawia się po nią kolejka. Kubańska pizza to drożdżowy placek z sosem pomidorowym i raczej kiepskiej jakości serem. Dodatki można wybrać według uznania. Moim faworytem została pizza z cebulą.
W dużych miastach, na rogach ulic widać kobiety z wózkami wypełnionymi różnymi małymi snackami. Są to słone krakersy, słodkie frytowane churros, rurki waflowe albo rożki obtaczane w kryształkach cukru. Uliczni sprzedawcy handlują też orzeszkami ziemnymi upakowanymi w cienkie, papierowe rożki. Za jedno wymienialne peso można stać się szczęśliwym nabywcą trzech rożków, które otwiera się na górze a orzeszki można wsypywać bezpośrednio do ust.
Bardziej głodni mogą posilić się hamburgerami albo podsmażanym ryżem. Tu już nie będę szafować słowami, te przekąski nie przypadły mi do gustu. Kupiłam pudełko z szarej tektury z małym plastikowym widelcem. W środku był tłusty ryż, pomieszany z kawałkami świńskiej skóry wraz ze szczeciną i liściastymi warzywami. Z drugiej strony nie ma co narzekać, za równowartość ośmiu lokalnych peso w innym kraju nie kupiłabym nawet pudełka zapałek.

Ulubionym deserem na Kubie są lody. Najpopularniejsza lodziarnia zwie się Coppelią i ma swoje filie w każdym większym mieście. W dzielnicy Vedado, w Havanie jest najsłynniejsza kubańska Coppelia. Budynek ma kształt ufo i wydzielone sektory dla turystów i lokalnych. W sektorach tych sprzedawany jest dokładnie ten sam asortyment, czyli cztery smaki lodów (truskawkowy, czekoladowy, śmietankowy i...czekoladowo-śmietankowy), tyle że w różnych cenach. Lody nakładane są do szklanych miseczek a porcje waży się przed sprzedażą. Nie ma jednorazowych plastikowych kubeczków ani plastikowych łyżeczek. A może coś Wam to przypomina?
Dla ochłody najlepiej nadają się granity. W wózku-termosie transportowane są wielkie bryły lodu, które kruszy granitkowy sprzedawca. Lód zmieszany z cukrowym syropem trafia do szklaneczek, wychylanych na miejscu przez liczną kilentelę. Wózek z granitami oblegają dzieci i dorośli. Przypomina mi to legendę o słynnych, swojskich saturatorach sprzed lat...
Bo podróż na Kubę jest jak podróż w czasie. 


c.d.n.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Wigilijna zupa z suszonych śliwek


Zastanawiałam się ostatnio skąd pochodzą poszczególne tradycje świąteczne? Jakiś czas temu wpadł mi w ręce artykuł, w którym bardzo pieczołowicie zobrazowano zimę w Polsce z dawnych lat. I to nie z czasów, w których żywność i towary można transportować na dalekie odległości. Kiedyś wydłużająca się zima oznaczała czasy głodu dla najbiedniejszych, wiele miesięcy nieprzejezdnych dróg i srogie mrozy. 
W listopadzie gromadzono zapasy, które musiały starczać aż do wiosny. Ciasto na pierniki wyrabiano już wtedy, bo później trudno było o niektóre składniki. Dodawano do niego więc korzenne przyprawy aby nie popsuło się do momentu wypiekania. Stąd tradycja leżakującego ciasta na piernik. Mięso i ryby solono albo wędzono. Najbiedniejsi zimą jedli tylko kartofle i kasze, okraszone czasem szpyrką albo smalcem. Nic się nie marnowało. Do dziś znane są receptury na ciastka ze skwarek, a większość starych receptur wymaga dodatku smalcu a nie masła. 
Wigilijny susz to też spadek po dawnych czasach. Zimą trudno było o świeże owoce i warzywa. W świąteczne dni gotowano więc kompot z suszonych gruszek, jabłek czy śliwek. 
W regionie, z  którego pochodzę tradycyjną zupą wigilijną była śliwkowa z suszonych śliwek. W całej Polsce trwają spory: grzybowa, czy barszcz?  Na Kujawach zamiast kompotu z suszu gotuje się słodką zupę z kluseczkami. 
Jako dziecko nie przepadałam za tą zupą. Charakterystyczny wędzony posmak przeszkadzał mi na tyle, że niechętnie ją zjadałam. Przy czym w domu mojej prababci Polki śliwkową gotowano nie tylko na Wigilię. O tej zupie przypomniała mi przed dwoma laty moja kuzynka Paulina, której Mama i Babcia zawsze podają śliwkową na kolację wigilijną. 
Specyficzny smak tej zupy pochodzi z wędzonych węgierek. Dodaje się je oszczędnie ale nie da się ich zastąpić śliwkami kalifornijskimi bo wtedy będzie to już inna potrawa. 
Pozdrawiam więc dziś Ciocię Basię, która w tym roku zapewne przygotuje śliwkową dla całej Rodziny. Sama spróbowałam ugotować zupę jaką robiła moja Prababcia. Można ją podawać z kluseczkami lanymi albo makaronowymi łazankami. Przypomina mi dzieciństwo. Warto ocalić tę tradycję.


Zupa z suszonych śliwek

150g śliwek suszonych
5-7 śliwek wędzonych
cukier do smaku (u mnie 3 łyżki)
100ml śmietanki kremowej
2 łyżki mąki ziemniaczanej
około 1 l wody

Śliwki należy gotować w wodzie do całkowitej miękkości a następnie przetrzeć przez sito. Warto dorzucić tylko kilka śliwek wędzonych aby nie zdominowały smaku. Przed całkowitym rozgotowaniem wyjąć po jednej śliwce na osobę i zostawić do dekoracji zupy na talerzu. Całość trzeba posłodzić tyle ile lubimy, jeśli jednak zupa nie ma być deserem proponuję dodać tylko 3 łyżki cukru tak jak jest w przepisie. Mąkę ziemniaczaną i odrobinę śmietanki rozrabiamy w kubeczku razem z wodą i wlewamy do gorącej zupy ciągle mieszając. Można zrezygnować z mąki jeśli użyjemy więcej śliwek, wtedy bowiem zupa będzie wystarczająco gęsta. Do podania można użyć kluseczek albo makaronowych łazanek. 
Smacznego

sobota, 31 sierpnia 2013

Festiwal Smaku w Grucznie 2013


Z Festiwalu Smaku nikt głodny nie wraca. Odwiedzających są zawsze tłumy, nigdy nie wystarcza tylko przebojowych produktów, które zdobywają laury. Wszak są to lokalne smakołyki z całej Polski, wytwarzane na niewielką skalę. 
Mowa oczywiście o moim ulubionym festiwalu smaku, najstarszym i pierwszym w Polsce. Odbywa się on w Grucznie, w Dolinie Dolnej Wisły. Nie opuszczam okazji żeby tam pojechać bo lubię ten region i lubię ten festiwal, wyróżniający się wyjątkową atmosferą oraz skalą (pisałam już tutaj o poprzednich festiwalach 2011 i 2012).
Tegoroczny laur, czyli Grand Prix festiwalu zdobył ser dżersejowy blue produkowany przez Ranczo Frontiera, małe gospodarstwo nieopodal Mrągowa. Sery z Frontiery zachwyciły mnie już w ubiegłym roku. W tym nie udało mi się skosztować nagrodzonego sera, bo został natychmiast wyprzedany. Nabyłam zatem inne, równie dobre! 
Wśród nagrodzonych produktów znalazł się też chrzan na miodzie  do mięs i wędlin Pana Józefa Siadlaka z Lubicza. Rywalizację pszczelarzy zakończyło wyróżnienie aż dwóch miodów gryczanych o doskonałych walorach. Jeden z nich zakupiłam, użyję go jako lekarstwo na zimowe smuteczki. Wędliny, które wygrały w konkursie to kiełbasa Lisiecka (Stanisława Mądrego) oraz kiełbasa polska dojrzewająca z Niewieścina. Wyróżniono też andruty kaliskie i pierogi drożdżowe z kaczym nadzieniem przygotowane przez Panią Elżbietę Mindę z Olszewki. 
Jak zawsze w Grucznie odbył się też turniej nalewek pod kuratelą mistrza Hieronima Błażejaka, który w tym roku wyjątkowo częstował też jabłecznikiem. Jabłecznik to nic innego jak polski naturalny cydr, wyrabiany niegdyś z rodzimych odmian jabłek. Za sprawą miłośników Doliny Dolnej Wisły wraca teraz do łask, tak samo jak antonówki, konselki, złote renety czy kantówki gdańskie. 
Tradycyjnie w Grucznie promowana była też gęsina, chluba Kołudy Wielkiej. Na stołach królowały wędzone półgęski, pasztety, zupa z brukwi i gęsi smalec. 
Jednym z ciekawszych festiwalowych przedsięwzięć jest moim zdaniem konkurs "Źródło zmian", który ma za zadanie wyłaniać wpływowych, inspirujących i opiniotwórczych. W 2013 roku nominowano  przedsiębiorców, wytwórców i propagatorów zdrowego żywienia. Laureatami zostali wspominane już wyżej Ranczo Frontiera i restauracja Gęsia Dolina oraz blog Kwestia Smaku. 
Warto wspomnieć o kilku akcjach promowanych podczas Festiwalu Smaku. Choćby konkursy pod tytułem Gotowanie sprzed stu lat, przypominające stare receptury albo akcja  trzy znaki smaku (klik). 
Pod patronatem przyjaciół Dolnej Wisły w naszej najdłuższej rzece powoli wskrzesza się jesiotra. Na razie trwają próby odnowienia  populacji jesiotra ostronosego. Dawniej był on chętnie łowiony, zaś ikra jesiotra do dziś jest rarytasem na stołach całego świata. Może za kilkanaście lat powróci na polskie stoły. 
Niesamowite jest to, że każdego roku kiedy odbywa się Festiwal Smaku zawsze jest piękna pogoda, nawet jeśli poprzedniego dnia padał deszcz! Przyjedźcie więc do Gruczna za rok, tam zawsze świeci słońce!

Festiwal Smaku
Gruczno nad Wisłą 
Województwo Kujawsko-Pomorskie


poniedziałek, 8 lipca 2013

Podpiwek


W wieku lat kilku spytałam Moją Babcię jak smakuje papieros. Ku mojemu zaskoczeniu wolno mi było spróbować tej wątpliwej przyjemności zarezerwowanej dla dorosłych. Smak papierosa okazał się na tyle odrażający, że przykre doświadczenie wspominam do dziś. Babcina taktyka sprawiła, że w dorosłym życiu nigdy nie zechciałam palić papierosów.
Moja Babcia nauczyła mnie jeszcze warzyć piwo dla dzieci, bo tak w dzieciństwie nazywałam podpiwek. Babcia kupowała małe opakowania z wizerunkiem chłopka. W środku był brązowy proszek, który gotowaliśmy z cukrem. Dodawałyśmy drożdży i rozlewałyśmy do butelek z porcelanowymi korkami. Ustawiałam je na babcinym strychu. Podpiwek udawał się najlepiej w upalne dni. Po kilku dniach fermentacji butelki otwierało się z hukiem a wewnątrz krył się lekko musujący płyn, który idealnie gasił pragnienie. Jego smak i kolor mogę przyrównać do piwa lub kwasu chlebowego ale podpiwek smakuje mi o wiele bardziej. Prawie nie zawiera alkoholu i wpływa korzystnie na organizm. Zawiera mikroelementy i przyspiesza przemianę materii.
Teraz wiem, że warzenie podpiwku to stara kujawska tradycja. Uzyskiwało się go niegdyś z palonego i przemielonego słodu, drożdży, cukru a niekiedy także chmielowych szyszek. Ugotowaną brzeczkę fermentowano w cieple a po kilku dniach trafiała do piwnic. W chłodzie nabierała smaku i aromatu. Latem podpiwek zanoszono na pole robotnikom pracującym przy żniwach.
Po otworzeniu butelki podpiwek tworzy gęstą, kremową pianę. Jest lekko kwaśny, bo dwutlenek węgla powstały w czasie drożdżowej fermentacji rozpuszcza się w wodzie. 
Od 2011 roku Podpiwek Kujawski kupuję jako produkt tradycyjny. W sklepach dostępny jest ekologiczny słód przeznaczony do jego gotowania albo gotowy butelkowany napój. To smak nie tylko mojego dzieciństwa. 


Podpiwek
użyłam ekologicznego słodu na Podpiwek Kujawski 

120g słodu jęczmiennego (połowa opakowania) 
kilka szyszek chmielowych 
250g cukru 
3g drożdży
5l wody 

Słód jęczmienny wsypałam do wrzącej wody i gotowałam przez 10 minut. Następnie dorzuciłam do garnka szyszki chmielowe (dołączone do opakowania) i podgrzewałam jeszcze przez 5 minut. Powstałą brzeczkę lekko przestudziłam i przecedziła przez gęste płótno. Dopóki płyn był jeszcze ciepły rozpuściłam 250g cukru i odstawiłam do całkowitego wystudzenia. Na koniec w małej ilości brzeczki rozpuściłam 3g drożdży i wymieszałam z płynem. Rozlałam do szklanych butelek i odstawiłam na czas fermentacji (24h w cieple). Butelki przeniosłam do piwnicy na kolejny dzień. Napój należy podawać dobrze schłodzony i spożyć jak najszybciej, gdyż jest to podpiwek żywy (zawiera żywe, pracujące drożdże).
Pijcie go na zdrowie!

piątek, 9 listopada 2012

Pieczone ziemniaki


Lubię ziemniaki. Można z nich przygotować tyle rzeczy. Upiec, ugotować, usmażyć z nich moje ulubione placki ziemniaczane, frytki albo zrobić szare kluski. Można ziemniaczaną kiszkę, puree, pyzy albo knedle, opcji jest tysiące, tyle ile domów, dodatków oraz zwyczajów kuchennych.

Na świętego Marcina serwuje się gęsinę (klik). Mięso gęsi jest zdrowe i smaczne ale równie cenny jest gęsi tłuszcz. Nadaje się on najlepiej do pieczenia ziemniaków. W chłodne listopadowe dni mam ochotę właśnie na piecznone potato wedges. Muszą mieć chrupiącą złocistą skórkę. Taką skórkę najłatwiej uzyskać smarując ziemniaczki gęsim tłuszczem. 

Podczas pieczenia gęsi do gęślarki, albo brytfanny dodajemy tylko kilka łyżek wody, by mięso nie przywarło. W gorącym piekarniku tłuszcz zaczyna się wytapiać i po przestudzeniu łatwo zebrać go łyżką. Gęsi smalec trzeba przechowywać w lodówce i korzystać ile się da, bowiem zawiera dużo wielonienasyconych kwasów tłuszczowych i witamin. Należy więc wbrew pozorom do grupy zdrowych produktów kiedy jest spożywany z umiarem. Można go  już kupić w niektórych sklepach, czasem nawet ze smakowymi dodatkami.

W listopadowy wieczór wsypuję więc moje upieczone ziemniaczki do miseczki, posypuję solą morską prosto z młynka i nie potrzebuję wyrafinowanej kolacji. Nieważne ile zrobię, nigdy nie zostaje ani trochę. 


Ziemniaki pieczone w gęsim tłuszczu

ziemniaki
gęsi tłuszcz
2-3 gałązki rozmarynu
sól morska


Ziemniaki myjemy i kroimy w kliniki albo ćwiartki razem ze skórką. Uwaga, skórka musi być cienka i czysta. Do pieczenia najlepiej nadają się ziemniaki właśnie jesienne albo młode (na przednówku, gdy mają już wyschniętą skórkę nie udają się już takie smaczne). Pokrojone ziemniaczane kliniki trzeba krótko podgotować, zajmuje to około 10 minut. Chodzi o to, że ziemniaki muszą zostać twarde ale już nie całkiem surowe. Następnie należy je odsączyć z wody na sitku i pozwolić by nieco przestygły. W tym czasie rozgrzewamy 1-2 łyżki gęsiego smalcu. Do naczynia żaroodpornego wrzucamy ziemniaczane kliniki i przy pomocy pędzla smarujemy gęsim tłuszczem. Piekarnik ustawiamy na funkcję grilla albo grzejemy z góry stosując dość wysoką temperaturę  (u mnie 200 stopni). Pieczemy ziemniaczki do zrumienienia, od czasu do czasu mieszając i polewając tłuszczem z dna naczynia. Można dodać listki rozmarynu do smaku. Podajemy gorące z solą morską. 
Smacznego

sobota, 4 sierpnia 2012

Na upał, sałatka z arbuzem


Po drodze do pracy mijam codziennie kiosk z gazetami. Coraz mniej w nim prasy, choć tytułów nie ubywa. Sprzedają się kosmetyki, napoje a nawet kawa. Starszy pan podchodzi do okienka i kupuje gazetę. Zwykły papierowy dziennik znaczy chyba coś więcej niż wiadomości, zwłaszcza w erze telewizji, prasy internetowej, ebooków i czytników elektronicznych.
Chwilka z gazetą jest małą ale codzienną przyjemnością, taką jak filiżanka dobrej kawy. Informacje podawane są dziś na tacy, co godzinę w każdej radiowej rozgłośni. Wydania papierowe mają szansę stać się anachronizmem bo słowo pisane sprzedaje się w wersji instant, przez internetowe łącza.  
Dzienniki, pachnące jeszcze farbą drukarską, ułożone są równiutko w małym okienku, tak że widać tylko ich pierwsze strony. Dzisiaj są już trochę retro. Z tych czarno białych arkuszy robiłam w dzieciństwie czapki, origami albo papier mache. Wymyślić jak najwięcej zastosowań gazety... takie były kiedyś zadania dla kreatywnych. 
Pamiętam małą czytelnię na poddaszu biblioteki miejskiej, tuż obok oddziału dla dzieci. Codziennie przychodził do niej bardzo wysoki i bardzo szczupły pan w szylkretowych okularach. Znały go wszystkie bibliotekarki, bo zjawiał się codziennie tylko po to by poczytać gazety.
Gdy byłam dzieckiem czytałam co tydzień Świerszczyk, a później Świat Młodych. Od tamtego czasu czytanie prasy zawsze będzie dla mnie przyjemnością. Prasa drukowana to zbytek, na który niektórym szkoda pieniędzy.
Rozumiem argumenty ekologów, rozumiem że drukowane gazety zajmują dużo miejsca, tak samo zresztą jak książki. Czasopisma można jednak pożyczać, można też korzystać z bibliotek, tak jak mój znajomy pan z czytelni. Czytanie papierowej gazety albo ulubionego tygodnika jest jednak czymś szczególnym. Dlatego nie chcę z tego rezygnować i przynajmniej od czasu do czasu kupuję wersje papierowe. Do drukowanych tekstów wracam o wiele częściej niż do czytanych online. Lubię sobotnie poranki z gazetą tak samo jak szelest stron i wyczekiwanie na nowy numer ulubionego miesięcznika, który trafi na mały stosik przy moim łóżku. Przeglądam go wiele razy, gdy tylko znajdę wolną chwilkę. Strata czasu? Dla mnie nie.


Zrobiłam sałatkę na upał, z dodatkiem słodkiego i chłodnego arbuza oraz orzeźwiającej mięty. Zjem ją zamiast obiadu, bo gdy temperatura osiąga blisko 30 stopni nie mam ochoty na nic ciężkiego. Połączenie słodkiego arbuza i słonego sera z delikatną miętą oraz cierpką rukolą jest idealnym rozwiązaniem na sobotnie popołudnie.

Sałatka z arbuzem
porcja dla dwóch osób

1 kg dojrzałego arbuza
200g sera feta albo innego bałkańskiego sera
po garści sałat (roszponki, radicchio, karbowanej)
opakowanie rukoli
3-4 gałązki świeżej mięty
świeżo zmielony pieprz
sok z jednej cytryny
5 łyżek oliwy z oliwek 

Przepis jest bardzo prosty a przygotowanie trwa kilka minut. Arbuza wydrążyłam w kształt kulek i odstawiłam w chłodne miejsce. Umytą sałatę porwałam na małe kawałki, dodałam najwięcej rukoli bo bardzo lubię jej smak w sałatkach. Dodatkowo rukola jest tu jednym z bardziej wyrazistych akcentów. Wszystko ułożyłam na talerzu, gałązki mięty obrałam z listków i posypałam nimi sałatkę. Osobno przygotowałam sos. Oliwę wymieszałam z sokiem z cytryny i świeżo zmielonym pieprzem a następnie polałam nimi sałatkę.
Smacznego


wtorek, 31 lipca 2012

Z Suwalszczyzny, blisko natury


Obiecałam sobie, że wykorzystam polskie lato na poznanie nowych miejsc. Dopóki dni są jeszcze ciepłe a pogoda dopisuje postanowiłam zwiedzić nieznane miasta i zakątki Polski. Na początku wydawało się, że nie ma ich wiele ale teraz wiem, że czasu nie starczy.
Ostatnio poznałam Suwalszczyznę. Trochę niedocenioną, dzięki czemu pozostała wolna od przemysłu i czysta. Tak czysta jak jezioro Czarna Hańcza i rzeka która ma w nim swój początek. Kajakowałam Hańczą i zakochałam się w niej. Cała Suwalszczyzna poprzeplatana jest pajęczyną rzek i rzeczek, w sam raz na kajakowy spływ. Suwalski Park Krajobrazowy zwany jest małymi Bieszczadami przez pagórkowatą rzeźbę krajobrazu polodowcowego. Wkoło rozciągają się głazowiska morenowe, jeziora, lasy pełne poziomek i jagód. Kto lubi może jak ja przejechać tamtędy rowerem albo wierzchem. 
Nad jeziorem Wigry, na niewielkim półwyspie znajduje się klasztor należący niegdyś do zakonu kamedułów. Zakonnicy wiedli życie w małych pustelniach, domkach zwanych eremami. Ich codzienność ograniczała się do wspólnej modlitwy oraz ciężkiej pracy. Reguły eremitów są bardzo surowe. Zakonnicy wyrzekają się rozmów, jedzenia mięsa i przywdziewają białe habity. Obecnie klasztor wigierski jest otwarty dla zwiedzających. 
Na Suwalszczyźnie tylko pogoda płata figle. Raz zaskoczy rzęsistą ulewą, która po chwili zamienia się w tęczę i upał. Ludzie są tu przyjaźni a turystów nie ma wielu. Można uciec od gwaru i ścisku popularnych kurortów. Na dachach bocianie gniazda, przy gospodarstwach niewielkie pasieki, wszędzie jeziora i cisza. Gospodynie podają pyszne kartacze i kiszkę ziemniaczaną oraz litewski chłodnik, wszak na Litwę niedaleko. Na deser są jagodzianki z albo faworkowe mrowisko, polane tutejszym miodem i obsypane bakaliami. Do domu przywiozłam delikatny sękacz z wielu warstw słodkiego ciasta. Według tradycji sękacze były pieczone na lipowych gałązkach, którym zawdzięczały swój aromat. Dziś tradycję powoli wyparła nowoczesność ale na szczęście można jeszcze skosztować wybornych sękaczy na Suwalszczyźnie.